Forum www.bonanza.pl Strona Główna www.bonanza.pl
miłośnicy serialu Bonanza
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zagubione wspomnienie (wersja zmodyfikowana)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction / Opowiadania Domi
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Domi
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 09 Wrz 2013
Posty: 6454
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Hökendorf Pommern :)
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 20:52, 19 Sie 2016    Temat postu: Zagubione wspomnienie (wersja zmodyfikowana)

No więc... chodzi mniej-więcej o to samo, co w poprzedniej wersji. Fanfik jest oparty na historii Bena i mam chłopaków a tym samym dodaje Joe trzy żony. Na początku chciałam dosyć płynnie przejść z jednej żony do drugiej, zbierając przy okazji w domu Joe wszystkie dzieci... ale jednak stwarza to zbyt dużo postaci, których ilość może byłaby dobra na koniec fanfika, ale na początek niekoniecznie... podzielę więc historie o ukochanych Joe na trzy części. Każda będzie poświęcona jego życiu z kolejną z nich.
Żony Joe nazywać się będą Dorothy Owens Cohen, Margareth Louise Abbey i Carrie Lane. Imiona te mają uhonorować prawdziwe żony Mike'a i na wspólnym życiu tychże będę się wzorować od góry do dołu Smile

A oto część pierwsza, do której głównych postaci zaliczyć możemy Joe oraz:
Dorothy (ur. 1836 r.)
Matt (ur. 1854 r.)
Jonah (ur. 1866 r.)
Jake (ur. 1867 r.)

A jest to pierwsza trójka z dziesiątki dzieci, których doczeka się Joe w tym fanfiku... reszta pojawi się jednak w części drugiej i trzeciej Wink

A oto fanfik:

*****

Zagubione wspomnienie

Prolog.

1882 rok, noc przed Bożym Narodzeniem.

Łagodnie padający śnieg przynosi wspomnienia. Delikatnie i cicho przywołuje myśli o ludziach, którzy wspólnie spędzali tę noc, spędzali ją razem z tobą, a teraz ich już nie ma. Wspomnienia wszystkich minionych Wigilii, tych szczęśliwych, gdy do stołu zasiada ktoś więcej i tych spędzonych ze łzami, gdy na pustym miejscu przy stole zasiada już tylko widziana kochającymi oczami dusza najbliższej osoby. W tym domu, puste stały trzy nakrycia. Dla dusz, które pan domu nosił w sercu. Ale te święta nie były samotne. Były, jak podarte wspomnienia dawnych dni. Szczęśliwe i smutne zarazem…

W cieniu grudniowego wieczoru zamajaczyło ciepłe światło lampy. Przez gęstwinę obsypanych śniegiem sosen, tworzących mroczne sklepienie ponad oblodzoną, wąską ścieżką, przedzierało się dwóch mężczyzn w grubych, zimowych płaszczach. Na ustach pierwszego z nich, rozkwitał promienny uśmiech.
- Jesteśmy! – zawołał po chwili, zatrzymując się u wylotu ścieżki, otwierającej się na rozległą polanę. – Nasze najlepsze świerki. Pamiętasz, który z nich ty zasadziłeś?
Drugi z mężczyzn zbliżył się ku polanie, osłaniając przy tym twarz od zwieszających się nisko gałęzi.
- Nie, Pa – odparł. – To było lata temu…
- Trudno – skwitował to pierwszy, wzruszając ramionami. – Rozejrzyjmy się za najpiękniejszym. Matt, zabierz sanki – mówiąc to, mężczyzna odwrócił się, obserwując ciągnącego sanie towarzysza. Gdy wyprowadził on je na polanę, podniósł wzrok w kierunku drzew rosnących po jej drugiej stronie i strząsnął z ramion śnieg. – W porządku – stwierdził.
Dalszą drogę, mężczyźni pokonali w milczeniu, wsłuchując się w chrzęst lodu pod butami i gwizd wiatru w koronach sosen. Gdy wreszcie dotarli do punktu, gdzie ponownie rozpoczynał się las, mężczyzna nazwany Mattem, zatrzymał się, wbijając zaskoczony wzrok w drogę, zaczynającą się poza rzędem świerków, otaczającym polanę od północy.
- Pa… - zapytał ostrożnie. – To jest droga do Claire Hills?
- Tak – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn. – Jesteśmy na skraju Joe and Matt’s Forrest. Pół roku temu tu byliśmy.
- I mieszkaliśmy przez trzy lata… - westchnął Matt. – Pa… jest Wigilia, chciałbym… chcę zobaczyć Claire Hills. Pomyśleć o mamie… zobaczyć nasz ogród.
- Jesteśmy w naszym ogrodzie – odparł drugi z mężczyzn, ogarniając wzrokiem świerki. Zasadził ten las z synem dziewiętnaście lat wcześniej po pewnych pamiętnych świętach, by chłopiec zawsze już mógł mieć świąteczne drzewko.
- Proszę, Pa – wymówił Matt z naciskiem. – Chcę zobaczyć Claire Hills.
- Harperowie wyjechali na święta – skwitował drugi z mężczyzn. – Nie wejdziesz do domu.
- Chcę popatrzeć – odparł Matt. Ojciec dostrzegł w jego oczach blask i zacięcie, które po raz pierwszy zobaczył w nich pewnego bardzo pamiętnego wieczoru...
- Dobrze – powiedział powoli.

W tym samym czasie, ćwierć mili dalej, przy kominku, na którym wesoło płonęło drewno, można było dostrzec spokojnie patrzących w ogień, dwóch kilkunastoletnich chłopców, których twarze wskazywały, iż dopiero wchodzą w dorosłość. Pierwszy z nich, siedzący dalej od ognia, w delikatnym półmroku ubrany był w szary płaszcz, spod którego widoczny był kołnierz beżowej koszuli poprzecinanej żółtoczerwoną krateczką. Włosy miał jasne, proste, ścięte do długości, jaką nosiło tutaj większość mężczyzn tak, że rozsypywały się wokół jego głowy gęstymi, błyszczącymi pasmami. Oczy jego były z kolei jasnoniebieskie, pełne blasku, zdawały się ogarniać uważnym wzrokiem całe pomieszczenie. Powaga w jego uśmiechu, wskazywała na dojrzałość wynoszącą się ponad jego prawdziwy wiek a cała twarz, obdarzona lekko zaokrąglonymi policzkami i wewnętrznym ciepłem, była twarzą nad wyraz piękną i przyjazną. Drugi z chłopców tym czasem, siedzący wprost w plamie światła ten, którego kurtka suszyła się rozwieszona na kominku, stanowił obraz zupełnie przeciwny. Był on wyjątkowo szczupły tak, że granatowa koszula zwieszała się z jego ramion, jakby była o wiele za duża. Miał brązowe włosy, błyszczące rdzawym blaskiem w świetle rzucanym przez ogień. Otaczały one jego twarz, skręcając się w lekkie fale na końcach. Oczy miał ciemne, tak bardzo, iż ogień odbijał się w nich , niczym w lustrze. Widać w nich było skrywaną samotność.
Chłopcy siedzieli obok siebie, patrząc spokojnym i nieco ponurym wzrokiem w trzaskający ogień. Milczeli. Po kilku chwilach, pierwszy z nich podniósł głowę i omiatając wzrokiem ściany pokoju, powiedział cicho:
- Lisa nie chciała przyjść. Miałem nadzieję, że będziesz chciał ją poznać.
- Ty tu jesteś, to wystarczy – odpowiedział spokojnie drugi chłopak. – A to jest sławne Claire Hills – dodał, spoglądając na sufit.
- Chcesz obejrzeć swój pokój? – zapytał pierwszy.
- Pamiętasz, który był mój? – upewnił się drugi z zaskoczeniem.
- Pa mi go pokazał. Nie miałem jeszcze trzech lat, kiedy stąd wyjechaliśmy…
- Chcę go zobaczyć.
- Dobrze – pierwszy z chłopców podniósł się z miejsca. – Harperowie to mili ludzie. Poprosiłem ich o klucz do tego domu. Będę się nim zajmował, zanim wrócą po świętach. Możesz tu zostać. Lepiej, żeby Pa cię nie widział.
- Dlaczego?
- Bo bardzo wiele rzeczy uległo zmianie. Gdyby mama żyła, być może… - chłopak pokręcił głową. – Nie, nieważne. Chodź.

- Pa – Matt zatrzymał się, spoglądając na wzgórze. – W domu pali się światło.
- Co? – upewnił się mężczyzna, odwracając w kierunku wzgórza.
- Harperowie na pewno wyjechali? – zapytał Matt.
- Wczoraj odwiozłem ich na dyliżans… - wyjąkał mężczyzna.
To znaczy… - zaczął Matt.
Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia i ruszyli przed siebie, tak szybko, jak tylko pozwalał im na to śnieg, wydobywając przy tym z kabur rewolwery…

Kilka minut później, drzwi do domu w Claire Hills, otworzyły się gwałtownie a zimne powietrze wieczoru przeszyło dwóch chłopców, którzy właśnie wchodzili na piętro po białych, krętych schodach. Obaj odwrócili się w przerażeniu. Przez krótką chwilę, stojący w drzwiach mężczyźni wymieniali z nimi równie zaskoczone spojrzenia.
- Pa… - wyksztusił pierwszy z chłopców, oblewając się purpurą.
- Jonah? – wyjąkał mężczyzna. – Co ty tu robisz?
- Chciałem… - zaczął Jonah, rzucając nerwowe spojrzenie w kierunku drugiego chłopaka. – Jake chciał zobaczyć Claire Hills.
- Jake? – zapytał mężczyzna niepewnie.
- J-Jake Simms – wyjąkał drugi z chłopców.
- Simms..? – upewnił się mężczyzna, drżącym głosem.
- T-tak, proszę pana – wyjąkał Jake. Chwilę później, dostrzegł z przerażeniem łzy w oczach mężczyzny.
- Synku… - zaczął mężczyzna. – Nazywam się Joe Cartwright.
- Joe… - wyksztusił Jake. Przez jego plecy przebiegł lodowaty dreszcz… nie od zimna płynącego z otwartych drzwi. To było nieważne. Ważne było tylko to, że właśnie stał przed nim mężczyzna, który trzymał go w ramionach tuż po jego urodzeniu. Mężczyzna, który pokazał mu znaczenie słowa „tata”. Po raz pierwszy tak się do niego zwrócił, mając jakiś roczek, czternaście lat temu. A potem…
Chwilę później, zatonął w jego objęciach.

*

- Moja mama była pierwszą żoną Joe Cartwrighta, tak? – upewnił się Jake, gdy ponownie znalazł się w kręgu światła, rzucanym przez kominek. Tym razem, towarzyszył mu nie tylko Jonah, ale też Matt i Joe.
- Tak – wyjaśnił mu Matt. – Ja jestem najstarszym synem, Jonah jest średnim a ty najmłodszym. Gdyby… mama wtedy – urwał, potrząsnął głową. – Miałbyś jeszcze siostrę.
- Jak… jak ci jest u Simmsów? – zapytał Joe niepewnie.
- Dobrze – odparł Jake z cieniem uśmiechu na ustach. – Mieszkam u mojej siostry Dolly i jej męża. Mają kilkoro dzieci, jest wesoło. Odkładam pieniądze na naukę. Gdyby rodzice żyli, zapłaciliby, ale… - spuścił smutno głowę.
- Pamiętaj, że tu też masz dom – powiedział Joe poważnie. – Możesz na mnie liczyć we wszystkim.
- Chcę poradzić sobie sam, panie Cartwright – powiedział Jake, unosząc głowę. – Nie chcę pieniędzy ani od pana, ani od kogokolwiek innego.
Joe patrzył zaskoczony na szczupłą twarz chłopca, oświetloną blaskiem ognia. W jego sercu zamajaczył płomyk dumy. Tego właśnie uczył wszystkie swoje dzieci… a Jake zrozumiał to, będąc tak daleko. Prawda była taka, że nikt nigdy nie wyrzucił z siebie tego, co łączyło rodzinę Cartwrightów.
- Jonah… - zaczął Jake nieśmiało. – A co z wami?- Ja chodzę do szkoły – powiedział Jonah łagodnie. – Niedługo przygotuję się, by pójść na uniwersytet. Matt nie chciał.
- Dobrze mi w Virginia City – wyjaśnił Matt. – Prowadzę sklep pana Johnsona. Kiedyś, chciałem być pianistą, ale to wcale nie jest takie proste. Johnny studiował.
- Johnny? – zapytał Jake ze zdziwieniem.
- Nasz kuzyn. Johnny to syn stryja Adama. Jest ode mnie rok starszy – wyjaśnił Matt. – Ale nie poznałem jego matki.
- Jesteś żonaty? – zapytał Jake.
- Nie – na twarzy Matta wykwitł niewyraźny uśmiech. – Jakoś się nie złożyło.
- Matt jeszcze się nie ustatkował – zachichotał Jonah. – Kiedy ja będę w jego wieku, będę żonaty… i przynajmniej jedno moje dziecko będzie już na świecie.
- Synu… - Joe zgromił go wzrokiem. – Przypominam ci, że masz szesnaście lat.
- Ty byłeś tylko trzy lata starszy, kiedy ożeniłeś się z mamą – odparł Jonah wydymając policzki. – Ja też mogę.
- Teraz są inne czasy – westchnął Joe. – Poza tym, mój syn musi skończyć uniwersytet, jeśli tego chce – spojrzał znacząco na Jake’a.
- Poradzę sobie – odpowiedział chłopak spokojnie. – Poszukam pracy…
Przez chwilę, w pokoju panowało ponure milczenie.
- Pa… - zaczął nieśmiało Jonah. – Przywiozłem tu kufer mamy… może moglibyśmy… opowiedzieć Jake’owi, jak to było…
- Co jak było? – zapytał Joe ze zdziwieniem.
- Jak ty i mama… ja niczego nie pamiętam, ale Matt… zgadzasz się?
- Dzieci… - wyjąkał Joe drżącym głosem. – Wy naprawdę chcecie tego słuchać?
- Nie wiem, czy oni chcą słuchać – zaczął Matt przebiegle, wbijając w ojca zacięte spojrzenie błękitnych oczu. – Ale ja chcę im to opowiedzieć.
- Przyniosę kufer – Jonah podniósł się z miejsca.
- Pomogę ci… - zaczął Jake, jednak Joe powstrzymał go gestem.
- Ja pomogę – powiedział.

Kilka minut później, w samym centrum plamy światła, którą rzucał kominek stał wielki drewniany kufer. Joe, Matt, Jonah i Jake usiedli bliżej ognia, który oświetlał teraz fotografię młodej kobiety o iście anielskiej urodzie.
- To jest, Dorothy Cartwright? – upewnił się Jake.
- Tak powiedział łagodnie Joe. Jego oczy błyszczały w bardzo dziwny i nieodgadniony sposób, coraz mocniej odbijając światło ognia. Chłopcy nie byli pewni, czy ten blask to efekt słabego oświetlenia pokoju, czy może… łzy. – Miała wtedy dwadzieścia siedem lat. To był nasz trzeci rok razem. Ja miałem dwadzieścia jeden i byłem z tego dumny.
- N-nigdy nie mówiłeś mi, że mama była od ciebie starsza… - wyjąkał Jonah a jego policzki zaróżowiły się lekko.
- Kiedyś się tym chwalił – zaśmiał się Matt. – Teraz zmądrzał. I ja trochę też.
- Nie widać – mruknął Jonah.
- To jak było? – zapytał Jake, przysuwając się bliżej do Joe.
- Dorothy… wasza mama, była starsza ode mnie o sześć lat. Dlatego dziadek i wujkowie nie chcieli słyszeć o naszym ślubie. Uciekliśmy. Niezbyt daleko, ale to była przygoda mojego życia. Mama mieszkała wtedy sama z Mattem w Domu Starego Tunnera. Znacie ten dom, prawda? Nadal stoi przy drodze. Brenda w nim teraz mieszka. No więc… - Joe wziął głęboki wdech. Chłopcy pomyśleli, iż powodem było wymienienie przez niego nazwiska dziewczyny, o którą swego czasu starali się i Matt i Jonah. Jednak, nie było to prawdą. – Siedem lat wcześniej pochowała męża. Przez ten czas, wielu mężczyzn starało się o jej rękę. .. była najpiękniejszą dziewczyną w Nevadzie. A ja pół roku wcześniej pożegnałem dziewczynę, z którą byłem zaręczony. Zginęła w wypadku dyliżansu, razem z Veronicą, żona Adama i matką Johnny’ego. Ja i Adam ostro się wtedy pokłóciliśmy. Każdy z nas uważał, że jego cierpienie nie jest dostrzegane… i obaj się myliliśmy. Dorothy pojawiła się w moim życiu, gdy było ono zupełnie puste i zimne… tak, jak noce grudnia 1861 roku. Wtedy ją poznałem…


Część pierwsza

Grudzień, roku 1861

I

Na wyludnionych ulicach miasta zapadał już chłodny półmrok. Choć wciąż jeszcze nie spadł śnieg, drogi pokryte były warstewka srebrzystego szronu, który chrzęścił pod stopami spieszących do swych domów kobiety i mężczyzny. Zdążający oboje w przeciwnych kierunkach, przemknęliby niezauważeni przez nikogo, jednak akurat w tej chwili z oświetlonego jasno saloonu Silver Dollar wyszło dwóch młodych mężczyzn.
- Widzisz ich? – odezwał się jeden z nich. W jego głosie dało się wyczuć głęboki smutek. – Pędzą do domu i nawet na siebie nie patrzą. Wystarczyłaby chwila i spotkaliby się. I może zakochali w sobie. Ale, oni tak pędzą, że pewnie mają już swoje rodziny i są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie… - westchnął ciężko a jego oddech uniósł się białą chmurą wokół jego głowy.
- Daj spokój, Joe… - westchnął drugi mężczyzna. – Nie możesz myśleć o tym przez całe życie…
- Dlaczego nie?! – wrzasnął ten pierwszy. – Popatrz na siebie i na Norę! Zapomniałbyś o niej, gdyby umarła?
- Słysząc to, drugi z mężczyzn zamyślił się na chwilę a na jego twarzy odmalował się smutek.
- Nie, ale… - zaczął.
- Była najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Kiedy tamtego wieczoru tańczyła przede mną w ślubnej sukni – pierwszy z mężczyzn otarł łzy rękawem. – Śmialiśmy się, gdy jej ciotka powiedziała, że mężczyzna nie powinien oglądać narzeczonej w sukni ślubnej przed ślubem. Mówiła, że to przynosi nieszczęście. A my się śmialiśmy. A teraz… Amy śpi i nigdy się nie obudzi a ja jestem tutaj. Mogłem zabronić jej jechać...
- Nie mogłeś przewidzieć tego, co się stało, Joe – przyjaciel poklepał go po ramieniu.
- Wiem, Danny – wykrztusił mężczyzna i ruszył przed siebie nie oglądając się na swego towarzysza. Ten zacisnął zęby. Był na siebie wściekły. Od miesięcy codziennie w ten sposób rozmawiali. I nie był w stanie dostrzec szansy na poprawę sytuacji. Czuł się za to odpowiedzialny, był pewny, że robi zbyt mało, by pomóc przyjacielowi. Ojciec Joe, Benjamin, dał mu schronienie na swej, niewielkiej wówczas ziemi, gdy Dany Cane był małym, zagubionym chłopcem. Pracował dla Cartwrightów, ale miał w nich rodzinę. Joe był jego najbliższym przyjacielem, jeszcze w szkolnych czasach ich obojga. Był zawsze radosny i pełen życia, miał wprost szalone pomysły. Danny był jego partnerem w realizowaniu ich, gdy starszy brat Joe ukończył szkołę. Ich przyjaźń trwała do czasu, gdy przed sześcioma miesiącami, narzeczona Joe, Amanda Brooks zginęła w wypadku dyliżansu. Joe zamknął się w sobie i oddalił od wszystkich. Nie był w stanie obserwować szczęścia Danny’ego, który, wraz ze swą dziewczyną, Norą Sanders planował ślub za kilka miesięcy. Joe odmówił bycia jego drużbą, co obiecał przed śmiercią Amandy. Danny nie potrafił wyrwać go z odrętwienia. Gdyby tylko… Drgnął, gdy przypomniał sobie nagle coś ważnego.
Joe powoli zszedł po stopniach na ulicę. Zdawał sobie sprawę ze swojego zachowania, jednak nie potrafił pozbyć się frustracji i poczucia osamotnienia. Czuł się bezwartościowy. Bo, gdyby miał jakąś wartość, czy Bóg odebrałby mu prawdziwą miłość? Poczuł lodowaty podmuch przenikający jego ubranie. Wypuścił powietrze, które utworzyło białą chmurę wokół jego głowy i postawił kołnierz zielonej kurtki. Jeżeli nadal będzie tak zimno, zapewne wkrótce spadnie śnieg. Gdy miał już wsiąść na swego konia, usłyszał łagodne wołanie przyjaciela:
- Joe? Przyjechać po ciebie jutro wieczorem? Chciałbym, żebyś kogoś poznał…
- Jak chcesz – odpowiedział beznamiętnie, nie odrywając wzroku od poprawianego właśnie strzemienia. – Ja nie mam nic do roboty. Będę sam.. Już zawsze będę sam – mruknął wskakując na siodło.
- Więc, przyjadę po ciebie, odparł Danny, uśmiechając się z wysiłkiem. – Jestem przekonany, że ją polubisz.
- Dobrze – westchnął Joe, po czym odjechał kłusem w stronę wjazdu do miasteczka.

Niebo na zachodzie zabarwiło się na chłodny, szarawy róż a chmury powoli rozchodziły się, zapowiadając czystą i jasną noc, gdy Joe Cartwright dotarł do granicy Ponderosy. Jechał stępa, nie oglądając się zupełnie na drogę. Przez jego głowę przewijały się wspomnienia, które wciąż łączyły go z Amandą. Krótkie uśmiechy, które wymienili przy pierwszym spotkaniu, jego ręce unoszące kosz z zakupami, gdy dostrzegł Amandę wychodzącą ze sklepu, szaleńczy bieg wzdłuż brzegu jeziora, gdy oboje zaśmiewali się do rozpuku, jej oczy, gdy powiedział „kocham cię”, pocałunek na środku głównej ulicy miasta i ojciec Amandy zamykający drzwi przed jego nosem, odmawiając rozmowy z Benem. Ucieczka we dwoje, uśmiech ciotki Amandy, gdy pojawił się na progu jej domu, ślub… którego nigdy nie było, ale jego wyobrażenie było tak realne, jakby było wspomnieniem. Tego, co minęło i już nie wróci. Joe westchnął i otarł łzy rękawem. On jeden był sam. W ubiegłym roku jego brat, Hoss ożenił się z ich wspólną przyjaciółką z lat szkolnych – Honorine Barlett. Joe ją uwielbiał podobnie, jak Pa. Honorine była ciepłą i otwartą osobą, której uroda odzwierciedlała piękno jej duszy. Ich córeczki, Holly i Hannah miały w tej chwili kilka miesięcy. Szczęście Hossa było jedynym szczęściem, jakie Joe mógł obserwować bez ukłucia w sercu. Adam z kolei… Joe zacisnął zęby. Myślenie o tym niewiele pomagało. Tak, jak przypominanie sobie, że jego bratowa Veronica tamtego tragicznego dnia towarzyszyła Amandzie w podróży. Ale Adam miał ślubne fotografie, miał wspomnienia i miał syna. Joseph miał tylko pustkę. Za chwilę wróci do domu, gdzie powita go Pa, napije się mleka i położy w tym samym łóżku, w którym śpi od czasów dzieciństwa. Ale on już nie był dzieckiem. Miał dziewiętnaście lat i najbardziej na świecie pragnął być samodzielny. Pociągnął nosem i podniósł głowę na drogę. Jego wzrok zbłądził na opuszczony Dom Starego Tunnera, który powoli wyłaniał się zza drzew po prawej stronie drogi. Przez myśl Joe nagle przebiegło poczucie, że ten niewielki, drewniany dom, jest mu bliski. Oboje w końcu byli samotni. On był pusty, Joe również czuł pustkę. Gdy wyjechał spomiędzy drzew na rudozłotą, zamarzniętą drogę, jego wzrok spoczął na stosie świeżego drewna ułożonym pod ścianą domku. Zadrżał, gdy zdał sobie sprawę, że w oknie domu majaczy światło lampy. Przechylił się w bok, by zsiąść z konia a jego dłoń powędrowała w stronę przywieszonej do siodła strzelby, powstrzymały go jednak roześmiane kobiece głosy i porzucona na pniu malutka siekiera. W tym momencie przypomniał sobie, co powiedział mu poprzedniego dnia Pa. Nie wiedział jeszcze nic o nowych sąsiadach, ale Barth Henderson zapewnił go, że nie oddałby swojej ziemi w ręce hołoty. Wolał oddać ją kobiecie. Tak więc Joseph wiedział tylko tyle, że w Domu Starego Tunnera zamieszkała kobieta. Z tym, że jego nie obchodziły żadne kobiety poza Amandą. Beznamiętnym gestem popędził Cochise’a na wprost, do Ponderosy.

W tym samym czasie, wewnątrz obserwowanego przez Joe domu tak, jak podejrzewał przebywały kobiety. Jedną z nich była Nora Sanders, której obecność w nim nie stanowiła wyłącznie przyjacielskiej wizyty, lecz część planu, opracowanego wraz z Danny’m Cayne’m. Nikomu nigdy nie zdradziłaby jego szczegółów, mimo, iż była pewna słuszności swego zdania. Jeżeli to wszystko się powiedzie, dwie osoby, które dziś są zupełnie same., będą miały siebie. Na razie, Nora siedziała przy stoliku w Domu Starego Tunnera, wpatrując się bezmyślnie w okno. W jej głowie powstawały kolejne kwestie, którymi namówi swoją przyjaciółkę do jutrzejszego spotkania. Danny miał zrobić to samo ze swoim przyjacielem.
- Nie jestem pewna, czy masz rację – usłyszała chwilę później nad sobą, wraz z odgłosem wydawanym przez filiżankę stawianą na stole.
- Nie znasz go – odparła Nora automatycznie. – On potrzebuje towarzystwa. Ty też. Polubicie się.
- Nie podoba mi się, że moja przyjaciółka wybiera dla mnie znajomych – usłyszała nad sobą westchnienie. Oderwała wzrok od okna. Napotkała naprzeciw siebie parę błękitnych oczu wpatrzonych w nią z wyrzutem.
- Zrobisz dobry uczynek, jeśli dasz się namówić – Nora mrugnęła do przyjaciółki. – A Matty zyska towarzysza do zabawy.
- To znaczy? – upewniła się rozmówczyni Nory.
- On ma dziewiętnaście lat – zachichotała Nora. – Ale zapewniam cię, że myśli, jakby miał trzydzieści dziewięć. To Cartwright. Poza tym, stracił narzeczoną. Mówiłam ci.
- Wiem – westchnęła kobieta.
- Dave nie miałby nic przeciwko. Teraz jesteś wolna. Zrozumiałby to – Nora wsparła brodę na dłoniach i uniosła wzrok na sufit domku. – Był twoim mężem, ale ty masz prawo szukać miłości.
- Wiem – usłyszała wypraną z emocji odpowiedź.
- Wiesz co? – Nor uśmiechnęła się na myśl, która przyszła jej do głowy. – Zaproszę jeszcze Danny’ego. Takie przyjęcie w cztery osoby?
- Nie – odparła kobieta krótko. – Zgadzam się na to spotkanie pod warunkiem, że was tam nie będzie. Nie przepadam za takimi przyjęciami. Zresztą i tak nie będziemy sami.
- Jak chcesz – zachichotała Nora. – Jestem przekonana, że go polubisz, Dorothy. Głęboko przekonana.
Rozmówczyni Nory westchnęła z rezygnacją, po czym upiła łyk herbaty. Nie była przekonana, czy plan jej przyjaciółki zakończy się sukcesem. Nora była od niej młodsza o siedem lat i nie miały ze sobą praktycznie nic wspólnego poza tym, iż obie musiały radzić sobie zupełnie same. Nora nie miała krewnych, ale była młoda. Miała przed sobą przyszłość pełną szczęścia, miała ją też z kim dzielić. Z kolei, Dorothy… Siedem lat temu wyszła za mąż. Była w wieku Nory i wszystko było cudowne. David, jej mąż, tak młody, jak ona był zakochany i najwspanialszy na świecie. Zbudowali przepiękny dom nad potokiem o błękitnej wodzie. Gdy parę miesięcy później, Dorothy odkryła, że spodziewa się dziecka, ich życie stało się jeszcze cudowniejsze. David wykańczał właśnie dziecięcy pokoik, gdy pewnego dnia wyszedł z domu, by obgadać z jednym człowiekiem sprawy kupna stada. Była późna noc, gdy do domu przerażonej Dorothy zastukało dwóch mężczyzn, szeryf i jego zastępca. Jedno zdanie, wypowiedziane przez tego pierwszego, wywróciło życie Dorothy do góry nogami. „Pani Cohen, pani mąż nie żyje.” Miesiąc później, Dorothy urodziła mu syna. Krótko po tym straciła dom. Wraz z małym Mattem opuściła ziemię, zwaną przez Dave’a „Błękitnym Potokiem” i wróciła. Wiele razy wracała. Ale tym razem… gdy tylko znalazła się w tym domu, poczuła, że będzie inaczej. Pracowała i wszystko szło po jej myśli. Nigdy nie była bogata, jednak miała w sobie ogromne pokłady nadziei na przyszłość. Jej syn, uroczy, jasnowłosy sześciolatek, powoli stawał się mężczyzną. Mieli tylko siebie i wiedziała, że ma dla kogo żyć. A dziś…
„Niech już będzie. Zrobię Norze tę przysługę. Przekona się, że to nie ma sensu. Jak dla mnie, ten Cartwright to jeszcze dzieciak. Nie wierzę, że im się to uda” pomyślała z lekkim rozbawieniem.

*****

Mam nadzieję, że nowa wersja spodoba się bardziej Smile Rolling Eyes


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Domi dnia Pią 20:25, 26 Sie 2016, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13863
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 20:48, 26 Sie 2016    Temat postu: Zagubione wspomnienie (wersja zmodyfikowana)

Jest ciepły ,świąteczny klimat w tym fragmencie.
Dużo wspomnień ,przemyśleń ,zarówno wesołych ,jak i takich z mgiełką nostalgii..


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Domi
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 09 Wrz 2013
Posty: 6454
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Hökendorf Pommern :)
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:10, 26 Sie 2016    Temat postu:

Święta mają być motywem przewodnim Smile To będzie taki symbol, że świat to, co się zaczyna, zawsze skończy się tym samym a potem znów się zacznie i znów tym samym skończy... taki cykl życia Very Happy Ale, te wspomnienia to tylko przykrywka dla tego, co jest właściwym fanfikiem... tego, co jest pod koniec Wink

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction / Opowiadania Domi Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin