Forum www.bonanza.pl Strona Główna www.bonanza.pl
miłośnicy serialu Bonanza
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Rumianek
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction / Opowiadania Senszen
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aga
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 29 Paź 2013
Posty: 19931
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 22:58, 30 Lip 2016    Temat postu:

Laughing matko...nie mam pojęcia dlaczego sobie to ubzdurałam. Wink

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Sob 23:05, 30 Lip 2016    Temat postu:

Może dlatego, że to by było bardzo ciekawe rozwiązanie sytuacyjne Laughing
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aga
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 29 Paź 2013
Posty: 19931
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 23:05, 30 Lip 2016    Temat postu:

I tego się trzymajmy. Wink

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Wto 23:04, 31 Sty 2017    Temat postu:

***

Jon zsiadł skocznie z konia, przeciągnął się i zdjął kapelusz. Przeczesał dłonią włosy, spadające mu na czoło i rozejrzał się krytycznie.

Domek Candaday’a położony był prawie w środku lasu. Drzewa rosły blisko, zatapiając go w cieniu. Z drugiej strony, tak jak pamiętał, domek schodził bardzo nisko nad zatoczkę, z tarasu schodziło się niemal bezpośrednio na zrujnowany pomost wrastający w kępę tataraku i innego wodnego zielska. Jedna ściana domku praktycznie w całości pokryta była już bluszczem, pieczołowicie pielęgnowanym przez Canaday’a.

Jon skrzywił się zniesmaczony. Dom tak zbudowany był niepraktyczny, dziwaczny i w sumie, nieładny. Okrążył powoli ganek od strony drogi, na którym, tak jak kojarzył, rzadko kiedy ktoś siedział i zszedł wąską, wydeptaną pośród mchu i niskich krzaczków dróżką w stronę tylnej werandy. Ilekroć zaczepiał ubraniem o cienkie gałązki, tylekroć myślał sobie, że nie jest to dom, w którym ktoś chętnie oczekuje gości.

Dopiero gdy jego oczom ukazała się weranda pomyślał, że przecież mógł zapukać do drzwi wejściowych a nie ślizgać się po wydeptanej dróżce. No cóż, nieważne. Zaklął cicho pod nosem i zaczął wycierać o trawę ubłocone buty. W tym miejscu zawsze było jakieś błoto, nieważne jak suche było lato – tu zawsze musiał wdepnąć w błoto czy inną glinę.

Na werandzie siedziała dziewczynka. Chyba wybierała się dopiero do szkoły, bo książki leżały niedbale na odsuniętym krześle. Ona sama zaś, z nieprzytomnym nieco wyrazem twarzy bazgrała na rozłożonej na ławie gazecie. Mazała tam kolorowymi kredkami, niedojedzone śniadanie stało obok.

Podszedł sprężystym krokiem, specjalnie głośno stukając obcasami. Nie zwróciła na to uwagi. Lekko go to poirytowało – do czego to podobne by dziecko, ledwo co odrosłe od ziemi, ignorowało dorosłych?
Usiadł zamaszyście na krześle. Dziewczyna dalej udawała, że nie zwraca na niego uwagi.

- Małe dziewczynki powinny uprzejmie witać dorosłych – wyszczerzył do niej zęby. W sumie dzień był piękny, mógł się z nią nieco podroczyć.
Nie odpowiedziała.
- Nie powinny też grymasić, tylko grzecznie zjadać, to, co dostają – zauważył, podsuwając sobie jej talerzyk. – W innym wypadku, nie powinny się dziwić, że ktoś inny zjada im śniadanie – dorzucił i zaczął ze smakiem chrupać kawałek boczku.
Dziewczynka nie drgnęła, tylko z zapałem mazała dalej po gazecie.
- Nikt cię nie uczy szacunku do słowa pisanego? Po książkach też sobie tak mażesz?
Dziewczynka dalej nie odpowiadała, wzięła tylko drugą kredkę i zaczęła obrysowywać kontury tego czegoś, co tam sobie bazgrała.
- W szkole nauczą cię wychowania. Wiesz, co robią w szkole z niegrzecznymi dziećmi? Przywiązują za ręce pod tablicą i chłostają rózgą. A Twoja nauczycielka ma dobre rózgi, sam jej ostatnio naciąłem wierzbowych gałązek. Długie, giętkie i mocne.
Dziecko dalej nie reagowało.
Jon poczuł, że sam ma ochotę jej przyłożyć rózgą. Odetchnął głęboko przez nos i zaczął chrupać kawałek owsianego placka.
- Jon, mam nadzieję, że moje śniadanie ci smakuje.
Jon podskoczył i strącił łokciem kilka kredek.
- Rozumiem, że ciężka praca wzmaga apetyt – Candy, z szerokim uśmiechem na twarzy usiadł przy stole i napił się kawy. – Chcesz może kawy? Więcej boczku?
Jon stęknął. A dziewczyna… prychnęła cichym śmiechem. Jon w tej chwili pomyślał, że bukiet złożony z wierzbowych rózeg jest świetnym prezentem dla tej ładniutkiej nauczycielki. Ona, w przeciwieństwie do niektórych wyglądała tak, jakby wiedziała jak się ich używa.
- Masz narzędzia i ogłoszenia o naborze do pracy? - Candy pogłaskał dziewczynę po głowie a ta, zerwała się bez słowa i zaczęła porządkować swoje klamoty. Jak piesek.
- A no, właśnie. Bo ten, narzędzia – Jon stęknął i w końcu stanął na proste nogi. – Bo ten, mamy braki w narzędziach – oznajmił radośnie i uśmiechnął się szeroko. – Złe zarządzanie i…
- Chyba mi nie powiesz, że nie znalazłeś młotka na terenie Ponderosy. Na terenie wielkiej Ponderosy, choć jednego przedmiotu wyglądającego jak młotek?
- Nie, nie znalazłem – Jon dumnie się wyprostował. – Brakuje też gwoździ, piły są tępe i miejscami zardzewiałe… jak zdecydowana większość narzędzi. I zresztą wiele narzędzi brakuje. Już powiadomiłem o tym pana Cartwrighta.
- Ach tak. I co powiedział? – Candy pochylił się nieco ku Jonowi.
- No ten, powiedział, że trzeba więc wszystko sprawdzić zgodnie za rejestrem. Tym…
- Tym bardzo grubym, szczegółowym rejestrem, który uzupełniałem tej wiosny? Znakomicie. To będzie Twoje zadanie.
- To ten… że co?
- I jeszcze jedno. Skoro na terenie Ponderosy brak jest sprawnych młotków, to należy poszukać ich tam, gdzie się dba o takie instrumenty. Panno Canaday? – Candy zwrócił się do córki. – Przyniesiesz mi swój młotek?
- Nie będę używał młotka małej dziewczynki!
- Jeszcze czego – żachnął się Candy. – Młotek jest dla mnie. Ty będziesz mógł co najwyżej gwoździe potrzymać.
- Będziesz używał młotka małej dziewczynki? – Jon parsknął śmiechem.
- Pewnie. Dziękuję Cookie. – Candy uśmiechnął się słodko, wziął od Cookie średniej wielkości młotek z niebieską rękojeścią i włożył go sobie za pasek. – Jest w idealnym stanie. Czysty, bez śladu rdzy. Nie to co narzędzia, o których dbanie leży w twoich obowiązkach. Wiosną zrobiłem rejestr, przejrzałem zapasy, wydałem zarządzenia – które nie zostały najwidoczniej zrealizowane.
- Widać nie umiesz wydać polecenia, Canaday.
- Jon, po co ta złośliwość? – Candy wstał, poprawił młotek i dopił kawę. – Cookie, jesteś gotowa?
Dziewczyna kiwnęła głową, zgarnęła książki i stanęła prosto, patrząc na ojca szeroko otwartymi oczami. Bez słowa. Canaday był irytujący, ale to coś… przyprawiało o mdłości.
- Miejsce małych dziewczynek jest w szkole – przypomniał kwaśno Jon – a nie…
Canaday spojrzał na niego zimno. Na tym punkcie był wrażliwy. Wrażliwy jak świeżo ścięta sosna.
- Ty już mi nie rozstawiaj córki po kątach. Jedziesz teraz do Ponderosy i zaczynasz sprawdzać zgodność inwentarza z rejestrem. Sztuka po sztuce. Jakiś kawałek węgla w całej wielkiej Ponderosie znajdziesz. W mieście, mogę obiecać, kupię ołówki kopiowe, by mieć pewność, że takie instrumentarium jest na stanie. Możesz je od razu, jak przyjedziesz, dopisać.
- Ale…
- Ja jadę rozwiesić ogłoszenia o naborze do pracy…
- Ale ja… kontakt…
- I lepiej, bym cię nie widział dzisiaj w mieście – zakończył spokojnie Canaday. W tym momencie dziecko, jak na niemą komendę, spojrzała krótko, niezdarnie dygnęła i pobiegła.
- Czy polecenie było wystarczająco jasne? – Canaday założył ręce na piersi i bezczelnie się uśmiechał. Naprawdę, potwornie irytująco. Ile by dał, by zetrzeć mu…
- Jasne – wykrztusił w końcu. Obrócił się na pięcie i zszedł z tego piekielnego, nadgniłego pomostu. Nawet nie miał jak wytrzeć butów, bo chyba więcej brudu by na nich tylko zostało.


***


Cookie pomachał tacie i stała jeszcze przez chwilę, patrząc jak szybko niebieska chustka na jego szyi zlewa się z kolorem nieba. Przejażdżka była bardzo przyjemna i coś czuła, że nie zasługiwała na nią. Jon miał rację, nie była uprzejma. Powinna była coś powiedzieć, ale strasznie nie miała na to ochoty. Ostatnio wszyscy ją napominali, że nie jest uprzejma, że nie ma manier i nie jest damą. Chyba mieli rację.

Westchnęła, odłożyła książki ostrożnie na czystą kępkę mchu i poprawiła raz jeszcze luźne kosmyki wymykające się z warkocza, wstążki tego niewygodnego fartuszka i obejrzała starannie cholewki butów. Była czysta, zawiązana porządnie i było jej bardzo niewygodnie. No i nieco ją piekło w brzuszku poczucie winy.

Ostatnio Mary Lou powiedziała, że złe uczynki pieką, bo to wstąpienie na drogę zdążająca do piekła. Tylko dlaczego akurat piekło ją w brzuszku a nie w stopy? Chciała spytać, ale Mary Lou zaczerwieniła się na słowo „brzuch”, nabrała powietrza, spłoszyła się i już nie powiedziała słowa. Unice Yore była dużo starsza i bardziej surowa. Rzuciła jej wtedy straszne spojrzenie, burknęła coś o byciu damą i poszła dalej.
Cookie skrzywiła się, przeskoczyła małą kałużę i drobnymi kroczkami szła dalej.
Dziwne były osoby w tej szkole. Najgorsza chyba była Ethel. Starsza może o cztery lata, uważała się za bardzo dorosłą. I uważała, że Griff jest bardzo przystojny. I robiła do niego słodkie oczy. I cały czas opowiadała o tym, że jej starsza siostra, Jenson, jest najładniejszą dziewczyną w Nevadzie. Że ma najładniejsze w Nevadzie, ciemne, faliste włosy. Najładniejsze w Nevadzie niebieskie oczy. Najładniejsze w Nevadzie… eteryczne coś tam. Zapewne brzuch też miała najładniejszy w całej Nevadzie.
Choć nie. Najgorsza była panna Blaze. Była okropna. Pierwszego dnia jej powiedziała, że ma niedorzeczne imię.

Cookie zwolniła nieco tempo i spojrzała tępo na kępkę ślicznych, niebieskich kwiatków. Niektóre dziewczynki przynosiły pannie Blaze kwiatki. Wtedy ona je ściskała…

Bleh. Nie warto.

Zresztą, nigdy żadne z Cartwrightów kwiatków jej żadnych nie przynosiło.
Cookie uśmiechnęła się nieśmiało, odetchnęła i ruszyła znowu do szkoły. W sumie dzień był bardzo ładny i tak samo ładny będzie, kiedy lekcje się skończą. Zresztą w szkole byli Carwtrightowie. Mogła z nimi porozmawiać… to znaczy pomilczeć. W ławce obok siedziała Aintonette, z której zawsze było się nieco dumnym, bo znała odpowiedź na każde pytanie. Trochę dalej siedział Clay, który czasem się trochę wygłupiał i można było się uśmiechnąć. A w ławce obok siedziała Agnes, z którą zawsze dobrze się rozumiała. W zasadzie bez słów.

Cookie wciągnęła zapach noskiem - pięknie pachniała wilgotna ziemia, mokry jeszcze trochę las, powietrze. Niebo miało piękny niebieskofioletowy kolor, w kieszonce miała łakocie, którymi mogła się podzielić. Wracając nazrywa tych ślicznych niebieskich kwiatków i do wieczora będzie siedziała na swoim ulubionym drzewie.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 20:43, 01 Lut 2017    Temat postu:

Cytat:
Jon skrzywił się zniesmaczony. Dom tak zbudowany był niepraktyczny, dziwaczny i w sumie, nieładny. (…) Dopiero gdy jego oczom ukazała się weranda pomyślał, że przecież mógł zapukać do drzwi wejściowych a nie ślizgać się po wydeptanej dróżce. No cóż, nieważne. Zaklął cicho pod nosem i zaczął wycierać o trawę ubłocone buty.

Jon nadal nie jest moim faworytem. Jest odpychającym, małym, podłym człowieczkiem. Tacy ludzie są najgorsi. Jon wciąż próbuje zdyskredytować Candy’ego. Mam nadzieję, że mu się to nie uda.
Cytat:
Podszedł sprężystym krokiem, specjalnie głośno stukając obcasami. Nie zwróciła na to uwagi. Lekko go to poirytowało – do czego to podobne by dziecko, ledwo co odrosłe od ziemi, ignorowało dorosłych?
Usiadł zamaszyście na krześle. Dziewczyna dalej udawała, że nie zwraca na niego uwagi.

- Małe dziewczynki powinny uprzejmie witać dorosłych

No, oczywiście powinny witać, a duży chłopiec, taki jak Jon nie powinien zachowywać się jak skończony kretyn.
Cytat:
- Chyba mi nie powiesz, że nie znalazłeś młotka na terenie Ponderosy. Na terenie wielkiej Ponderosy, choć jednego przedmiotu wyglądającego jak młotek?
- Nie, nie znalazłem – Jon dumnie się wyprostował. – Brakuje też gwoździ, piły są tępe i miejscami zardzewiałe… jak zdecydowana większość narzędzi. I zresztą wiele narzędzi brakuje. Już powiadomiłem o tym pana Cartwrighta.

Głupek. I na, co liczył? Że pan Cartwright uprzejmie mu podziękuje i może jeszcze nagrodzi.Evil or Very Mad

Niepokoi mnie małomówność Cookie. Wiem, że straciła matkę i tęskni za nią. Ojciec, nawet najlepszy, nie jest w stanie zastąpić mamy pachnącej ciastem. Do tego sytuacja w szkole też do najlepszych nie należy. Dobrze chociaż, że ma prawdziwych przyjaciół. Bardzo spodobały mi się przemyślenia Cookie. Takie dziecięce, troszeczkę naiwne, ale bardzo prawdziwe.
Senszen, cieszę się, że wróciłaś do „Rumianku”. Mam nadzieję, że następny odcinek wkleisz już niedługo. Idź za ciosem i przyduś Inspiration.



Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Śro 21:07, 01 Lut 2017    Temat postu:

Staram się, choć wena należy do tych opierających się Very Happy
Bardzo dziękuję za komentarz, cieszę się, ze fragmencik się spodobał, jeszcze bardziej się cieszę, że rozmyślania Cookie wypadają w miarę prawdziwie Very Happy Nie ma nic gorszego niż infantylne rozmyślania dziecka Wink Rysunek uroczy Very Happy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 13:20, 05 Lut 2017    Temat postu:

Od początku świetnie prowadzisz postać Cookie. Jest dzięki temu prawdziwa i taka do przytulenia Smile
Twoja wena, faktycznie należy do tych opierających się, ale jak już weźmie się do pracy to efekty są bardzo dobre, a opowiadanie czyta się z przyjemnością. Very Happy
Tak więc, kiedy można spodziewać się kolejnego odcinka????


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Nie 15:23, 05 Lut 2017    Temat postu:

Och, dziękuję bardzo Embarassed

Następny odcinek... postaram się do końca przyszłego tygodnia Smile Inspiration powoli budzi się do życia Smile
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 17:48, 05 Lut 2017    Temat postu:

Poczekam Very Happy Nie można przecież zrazić Inspiration Wink Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Nie 18:09, 12 Lut 2017    Temat postu:

Jak obiecałam, to wklejam Smile

Mam nieodparte wrażenie, że wszyscy się robią coraz bardziej sympatyczni Twisted Evil

***

Candy wbił ostatni gwóźdź i spojrzał krytycznym okiem, czy aby poster wisi w miarę równo. Zrobił krok w tył, oparł ręce na biodrach i zagwizdał cicho. Równo było. Biały papier wyróżniał się na tle spłowiałych i pożółkłych resztek innych ogłoszeń, plakatów czy reklam. Przeczytał raz jeszcze treść, pogwizdując cicho. Wzrok ześlizgnął mu się machinalnie na wesołą, niebieską kartkę powieszoną obok. Jesienna potańcówka.

Wygwizdał ostatnią, dłuższą nutę i podrzucił lekko młotek. Potańcówka. Dawno już na żadnej nie był i w sumie nie odczuwał takiej potrzeby. Cookie była jeszcze mała i wizja tańców nie wzbudzała w niej jeszcze entuzjazmu. Co innego wdrapywanie się na drzewa i zabawa młotkiem. Ostatnio, jak stawiali jeden większy barak to rwała się do pracy znacznie bardziej niż jakikolwiek pracownik.

Drzewa, młotek, kredki i gwizdanie – zdecydowanie tak. Tańce, sukienki – jak na razie nie. Czasem się zastanawiał, czy nie powinien się tym martwić, ale zwykle dochodził do wniosku, że ma jeszcze na to czas. W zasadzie oboje jeszcze mają czas.

A ponieważ nie miał jeszcze powodu, by martwić się o ewentualnych adoratorów Cookie, to może zabrać swoją małą córkę na potańcówkę.
Candy uśmiechnął się ubawiony pod nosem. Myślenie godne idealnego ojca, naprawdę.

Pochylił się, by włożyć młotek do skrzynki z narzędziami i nagle poczuł się lekko nieswojo. Jakby ktoś go uważnie obserwował. Wyprostował się powoli, wciąż czując to lekkie mrowienie w krzyżu. Albo ktoś go obserwuje, albo on się starzeje. Odwrócił się ostrożnie, lewą rękę przesuwając powoli w kierunku kabury.
Na ulicy nikogo nie było, tylko pod sklepem stały dwie kobiety zajęte rozmową. Odetchnął z ulgą i rozglądając się szybko podszedł w stronę wozu. Wrzucił tam skrzynkę i pogwizdując cicho skierował się do sklepu. W biegu uchylił kobietom kapelusza i otworzył drzwi.

Momentalnie poczuł mrowienie w karku. Mrowienie przesuwające się wzdłuż jego kręgosłupa, wzdłuż jego kręgosłupa aż do… aż do… Usłyszał za sobą charakterystyczny szelest i już, nie zwlekając, wszedł do środka i przytrzymał drzwi. Wciąż plotkujące kobiety przeszły obok niego, podrzucając głowami niczym małe gąski. A on wciąż się czuł nieswojo.

Odetchnął głęboko, podszedł do Gordona stojącego za ladą, uchylił kapelusza i podał mu świstek z listą produktów. Gordon kiwnął głową i bez słowa zaczął kręcić się między półkami. Trzeszczały półki, brzęczały muchy. Słońce przebijało przez szyby, w smugach światła wirował kurz. Pachniał brązowy cukier stojący w otwartym worku. Spokojny dzień. Przyjemny.
Candy stłumił ziewnięcie, oparł się niedbale o ladę i zaczął się przyglądać małym ustnym harmonijkom wystawionym w szklanej gablotce. Drobiazg taki, ale przyjemnie urozmaicał czas. Kiedyś widywał żołnierzy przygrywających sobie wieczorami, niekiedy zdarzało się, że nawet ktoś potrafił wydobyć z nich coś podobnego do muzyki. To by mógł być dobry prezent dla Cookie. O ile by mógł gdzieś znaleźć taką niebieską.
Bezwiedny uśmiech wypłynął mu na twarz.

W tym momencie, jedna z kobiet stojących przy pudełku ze wstążkami zaczerwieniła się gwałtownie i poprawiła sztywne loczki opadające jej na czoło. Ułożyła starannie na ramionach szerokie wstążki kapelusza i odwróciła się ze zdecydowaną miną.

- Panie Canaday, jak się cieszę, że pana widzę! – zaczęła wesołym, raźnym tonem.
Candy, brutalnie wyrwany ze swoich rozmyślań, odwrócił się niechętnie.
- Panna MacNaill – kobieta podeszła bliżej, wyciągając niepewnie rękę. Zaraz jednak ją schowała i tylko uśmiechnęła się szerzej. – Ostatnio rzadko mieliśmy okazję się widywać, mógł mnie pan nie poznać…
Candy ukłonił się krótko.
- …ale ja pana pamiętam doskonale – zakończyła szybko, filuternie kręcąc guziczkiem rękawiczki.
- Witam, mogę jakoś pomóc? – Candy uśmiechnął się niewinnie, w duchu modląc się tylko, by Gordon szybko znalazł te młotki. Gerda MacNaill była kobietą natarczywą, upartą i do tego, uparła się, że jej życiowym powołaniem jest pocieszanie młodych wdowców.
- Widziałam, że oglądał pan… oglądałeś… bo chyba mogę ci już mówić po imieniu, prawda, Candy?
Candy zaklął w duchu, tym bardziej, że usłyszał stłumiony śmiech Gordona. Ten … mógł się świetnie bawić i chyba nieprędko się uwinie z listą.
- Ależ proszę, wszyscy mi tak mówią – Candy uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Oglądałeś ogłoszenie o nadchodzącej potańcówce, prawda? Zapowiada się naprawdę…
- Potańcówka? Jaka potańcówka? Panno MacNaill, ja tylko przybijałem ogłoszenie o naborze nowych pracowników.
Uśmiech Gerdy nieco zblakł, ale po chwili się opamiętała.
- To w takim razie serdecznie Cię zapraszam! Jestem w komitecie piknikowym i chętnie przygotuje jeszcze jeden koszyczek… dla Ciebie i Twojej córeczki… June, prawda?
- July. Panno MacNaill, naprawdę, nie ma…
- Och tak, July! Taka słodka dziewczynka, śliczna, te jasne włoski! Wygląda jak mały aniołek. Na pewno chętnie przyjdzie na zabawę!
Candy odchrząknął.
- W sumie to już nie jest mała dziewczynka, to już prawie mała dama – ciągnęła dalej, coraz pewniej panna MacNaill. – Na pewno chętnie by się wystroiła w strojną sukieneczkę!

Candy jęknął w duchu, niepewny czy ma już uciekać, czy po prostu zacząć się śmiać.
- Panno MacNaill, to naprawdę…
- Ostatnio, w sklepie u Francesca widziałam prześliczny różowy materiał! Każda dziewczynka by była zachwycona! Chętnie bym uszyła dla malutkiej taką sukieneczkę. Wyglądałaby jak mała różyczka!
- Pani MacNaill, ja bardzo dziękuję za tak hojną propozycję, ale nie ma takiej potrzeby – poirytował się Candy. – Moja córka ma ubrania i obcy ludzie nie muszą jej szyć sukienek.
- Ależ, to tak tylko… - kobieta zająknęła się. – Po prostu dziewczynce nie ma matki i…
- Ona ma matkę – uciął Candy. – I ja umiem się zająć własną córkę.
- A ja sądziłam, że jest pan dobrze wychowanym człowiekiem – parsknęła wzburzona Karen Gil, z pasją przysłuchująca się rozmowie.
- No to się pani myliła – burknął Candy i niecierpliwie wychylił się przez ladę, przywołując do siebie rozbawionego Gordona.
- Gerda, tutaj chyba nie mamy czego szukać – Karen uniosła wysoko głowę i zgarnęła zamaszyście spódnicę.

Gerda stała, bez słowa, z uchylonymi ustami. Candy nie patrzył na nią, uparcie wbijając wzrok w drewniany blat. Wbijał wzrok z sęki, szare słoje, rysy zostawione przez setki skrzynek. Kurz wbity w zadziory.

Szelest materiału ogłosił wyjście obu kobiet. Na progu Karen odwróciła się jeszcze i wlepiła ogniste spojrzenie w pana Gordona.

- A ceny pańskich taśm kordonkowych są szokujące. Niezależnie od tego, czy kordonek amerykański jest na wyginięciu czy nie, ceny te szokują!

Candy odetchnął głęboko i wypuścił powietrze przez nos.

- Czym u diabła jest kordonek amerykański? – mruknął
- Nie mam pojęcia – spokojnie odpowiedział Gordon, pedantycznie zawiązujący supełki na paczkach. – Po prostu; za każdym razem jak mi się skarżą, że coś jest drogie, to mówię, że jest ciężko dostępne. Brzoskwinie mają ciężki sezon więc są drogie, jedwabniki dotknęła zaraza więc materiał jest drogi.
- Hmm… a kordonek?
- A ile razy mam mówić o tym, że bawełna się nie udała w tym roku?
- Hmm.
- Hmm. Siedem dolarów i czterdzieści sześć centów.
- Drogo. Drzewo młotkowe nie obrodziło w tym roku?
- Straszna zaraza. Dotknęło też kwiaty gwoździkowca i krzewy kolczaste. Tak tylko mówię, na wszelki wypadek.
- To będę pamiętać – Candy wyciągnął z kieszeni pieniądze i mały notatnik. Starannie zaczął zapisywać zakupione produkty i ich ceny. Gordon patrzył na niego ukradkiem, odliczając jednocześnie resztę.
- One mają rację, wiesz o tym.
- O czym?
- Powinieneś się ożenić. Ciężko jest być samemu. Świat jest ciężki.

Candy westchnął ciężko, schował notatnik i poprawił kamizelę.

- Chodzą plotki, że Ruth Quintal wpadła ci w oko.
Candy prychnął.
- A plotki zaczęły się w jakim miejscu? Nie, nie wpadła mi w oko.
- A szkoda, ładna kobietka – Gordon położył resztę na blacie.
- No to niech znajdzie sobie ładnego chłopca – mruknął Candy, zgarnął monety, pakunki i wyszedł.

Finalnie zadzwonił dzwoneczek przy drzwiach i w sklepie zapanowała cisza. Gordon pokręcił głową i spojrzał na niewielką kolekcję małych ustnych harmonijek. Realnie rzecz ujmując harmonijki wpadły Candy’emu w oko bardziej niż panna Quintal. Trzeba więc sprowadzić coś ładniejszego i najlepiej, droższego.


Ostatnio zmieniony przez Gość dnia Nie 21:44, 12 Lut 2017, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 22:57, 12 Lut 2017    Temat postu:

Cytat:
Cookie była jeszcze mała i wizja tańców nie wzbudzała w niej jeszcze entuzjazmu. Co innego wdrapywanie się na drzewa i zabawa młotkiem. Ostatnio, jak stawiali jeden większy barak to rwała się do pracy znacznie bardziej niż jakikolwiek pracownik.

Czyżby to azali nie był taki zwykły wybieg ze strony Candy’ego? Wiem, że bardzo kochał Indię, ale życie nie zatrzymało się wraz z jej śmiercią. Był sam z dzieckiem wystarczająco długo. Dla dobra Cookie powinien pomyśleć o przyszłości. Bez żony, dobrej żony trudno mu będzie wychować córkę na prawdziwą damę. Na sprawnego robotnika może tak, ale nie na tzw. dobrze wychowaną panienkę. Nie znaczy to, że Candy nie sprawdza się jako ojciec. Sprawdza i to świetnie. Jednak, jak wiadomo przychodzi czas i małe dziewczynki dorastają, i potrzebują pomocy mamy, a nie ojca.
Cytat:
Odetchnął głęboko, podszedł do Gordona stojącego za ladą, uchylił kapelusza i podał mu świstek z listą produktów. Gordon kiwnął głową i bez słowa zaczął kręcić się między półkami. Trzeszczały półki, brzęczały muchy. Słońce przebijało przez szyby, w smugach światła wirował kurz. Pachniał brązowy cukier stojący w otwartym worku. Spokojny dzień. Przyjemny.
Candy stłumił ziewnięcie, oparł się niedbale o ladę i zaczął się przyglądać małym ustnym harmonijkom wystawionym w szklanej gablotce.

Doskonale udało Ci się przedstawić zwykły, spokojny dzień w sklepie. Lekko znudzonego, może zmęczonego klienta i małomównego ekspedienta. Krótko, to co prawda trwało, bo zaraz Candy został „zaatakowany” przez niezwykle współczującą mu damę. To faktycznie mogło wyprowadzić go z równowagi.

Gordon miał rację mówiąc, że Candy powinien się ożenić, ale tylko pod warunkiem, że Cookie zaakceptuje jego wybrankę. A może to córeczka powinna wyszukać mu odpowiednią kobitkę?

Senszen, cieszę że wkleiłaś kolejny fragment. Inspiration się spisała. Mam nadzieję, że już obmyśla kolejny odcinek. Very Happy



Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Nie 23:08, 12 Lut 2017    Temat postu:

ADA, bardzo dziękuję za komentarz i uroczy rysunek Very Happy Inspiration owszem, obmyśla kolejny odcinek choć nie wiem co jej z tego myślenia wyjdzie (i kiedy).
Cytat:
Czyżby to azali nie był taki zwykły wybieg ze strony Candy’ego?

ależ oczywiście, że jest to wybieg. Azali, nie da się ukryć iż Candy woli nie wybiegać zanadto myślą naprzód.
Cytat:
A może to córeczka powinna wyszukać mu odpowiednią kobitkę?

nie jestem pewna, czy Cookie jest w stanie podźwignąć tego rodzaju odpowiedzialność Laughing Znalezienie a potem i wybór partnera życiowego bywa bardzo trudny... dobrze jest mieć wtedy pomocną duszę przy sobie ale i tak Laughing


Ostatnio zmieniony przez Gość dnia Nie 23:11, 12 Lut 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 23:18, 12 Lut 2017    Temat postu:

Bywały już takie przypadki, że to dzieci decydowały za swojego rodzica Wink Wierzę, więc że Cookie weźmie sprawę w swoje drobne rączki Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Nie 23:21, 12 Lut 2017    Temat postu:

Takie przypadki to nawet bardzo częste są... w końcu nierzadko to własnie pojawienie się dziecka decyduje o przyszłości związku Twisted Evil

Ostatnio zmieniony przez Gość dnia Nie 23:22, 12 Lut 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ADA
Bonanzowe forum to mój dom



Dołączył: 11 Lut 2014
Posty: 9155
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 23:34, 12 Lut 2017    Temat postu:

Rozumiem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki przypadek "trafił" Candy'ego. Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction / Opowiadania Senszen Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
Strona 8 z 11

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin