Forum www.bonanza.pl Strona Główna www.bonanza.pl
miłośnicy serialu Bonanza
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Morderstwo w austriackim zaciszu
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 19:53, 31 Lip 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Mylisz i podsuwasz rozmaite tropy, jak na dobry kryminał przystało.

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez zorina13 dnia Śro 19:54, 31 Lip 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 19:59, 02 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XVI

Nowe szczegóły w sprawie

W przeciwieństwie do matki Wilhelma Zarenbauma pani Berker nie zamierzała zachowywać jakiejkolwiek klasy albo pozorów. Płakała, cierpiała i nie krępowała się okazywać tego wszystkiego przed innymi. Gdy detektywi przybyli, żeby z nią porozmawiać i wyjaśnili, co ich sprowadza, starsza pani załamana rozpłakała się i nim ich wpuściła do domu, zdążyła wylać całe hektolitry łez. Henryk i Kasia patrzyli na tę scenę z mieszaniną współczucia i niechęci.
- Przepraszam państwa... – powiedziała pani Berker – Wciąż nie mogę się otrząsnąć po tym wszystkim, co się stało. Naprawdę bardzo państwa przepraszam.
Pani Berker otworzyła drzwi na oścież i wpuściła detektywów do środka. Henryk z Kasią weszli do środka i usiedli w salonie. Matka Elsy nie poczęstowała ich herbatą. Wciąż ocierając łzy z oczu zapytała, w czym może im pomóc.
- Wszystko, co wiem w sprawie zabójstwa mojej córki już powiedziałam na policji – rzekła – Mimo wszystko jednak odpowiem na państwa pytania. Mam nadzieję, że może przybliżą państwo szczegóły jej śmierci.
Henryk popatrzył na nią uważnie.
- Chcielibyśmy się dowiedzieć, proszę pani, czy wie pani coś o romansie swojej córki?
Pani Berker znowu się rozpłakała, ale widząc, że nie robi to na nikim wrażenia, dość szybko się uspokoiła i powiedziała:
- Wybaczą państwo, ale na samo jej wspomnienie i tego, co się z nią stało, cierpię piekielne męki. Taka młoda i piękna dziewczyna. Moja mała córeczka. Moja mała Elsa..... Zaszlachtowano ją jak świnię. Kto może być takim bydlakiem, żeby zamordować moją córcię? Jak tak w ogóle można?
Kasia delikatnie dotknęła dłoń pani Berker, po czym powiedziała smutny głosem:
- Wszyscy pani bardzo współczujemy. Ale proszę się skupić, bo to ważne. Czy wie pani coś na temat jej kochanka?
Matka Elsy otarła łzy, po czym odsunęła swoją dłoń od dłoni Kasi i powiedziała gniewnym tonem:
- Nie, proszę pani. Nie wiem nic na temat jej kochanka. Nie zaglądałam do łóżka mojej córki, czego teraz bardzo żałuję. Dawałam jej za dużo swobody i oto, jakie są teraz tego skutki. Ma pani dzieci?
- Nie, nie mam.
- Więc jak pani będzie miała, niech im pani nie daje za dużo swobody. To zawsze się obraca przeciwko rodzicom. Przeciwko dzieciom zresztą też, choć one nie zdają sobie z tego sprawy. Niech pani nie daje córkom za dużo swobody. Proszę pamiętać.
- Dobrze, zapamiętam – powiedziała Kasia nieco już zmęczona tym wywodem – Ale co może nam pani powiedzieć w tej sprawie?
- Mogę jedynie powtórzyć to, co powiedziałam już policji – rzekła pani Berker.
- Bylibyśmy za to pani niezmiernie wdzięczni – powiedział Henryk.
Matka Elsy usiadła oparta o fotel i zaczęła mówić:
- O tej sprawie wiem jedynie to, że moja córka dostała ode mnie dużo swobody. O wiele za dużo niż powinnam jej dać. Pozwalałam jej się spotykać z kim tylko chce. Nie wnikałam w to, z kim spędza czas. Elsa mi się nie spowiadała. Jak widać, powinna.
- Czyli nie wie pani, z kim się spotykała pani córka? – zapytała Kasia.
- Niech pani lepiej zapyta z kim moja córka się nie spotykała! – parsknęła z kpiną pani Berker – Chyba z połową wsi się spotykała. Niech państwo jednak o niej źle nie myślą. Ona nie była taka, jak o niej mówią. Nie była żadną dziwką. Tylko raczej.... to była dziwna dziewczyna. Kiedy była mała, jej ojciec zostawił mnie. Wyjechał w wielki świat i nie dbał ani o nią ani o mnie. Ale nauczyłam się sama sobie radzić. Musiałam się tego nauczyć. Każda kobieta powinna się nauczyć się samodzielności i nie polegać na mężczyznach, tylko na sobie samej.
Henryk z lekką irytacją miętolił w dłoni notatnik powoli w nim zapisując niektóre tylko z tysiąca słów monologu zewnętrznego wygłaszanego przez panią Berker.
- Proszę pani – powiedział o mało nie wybuchając gniewem – Czy może jednak pani przejść do sedna sprawy?
Pani Berker zasłoniła sobie oczy dłonią i powiedziała:
- Przepraszam państwa. Opowiadam wam same głupoty, a miałam przecież mówić na temat mojej córki.
Kasia z Henrykiem spojrzeli na siebie wymownie, po czym postanowili pozostawić komentarz na temat jej zachowania dla siebie.
- A więc chodzi o to, proszę państwa, że niestety moja córka nie przychodziła tutaj się gzić ze swoim kochankiem. Ona robiła to u niego albo w jakiś ukrytych miejscach, których nikt poza nimi nie znał.
- Pani córka często opuszczała miasteczko? – zapytała Kasia.
- Owszem. Dość często. Chodziła po górach i okolicach. Zresztą jak mówiłam, nie pytałam o to, bo dałam jej zdecydowanie za dużo swobody.
- Tak, to już słyszeliśmy – rzekł Henryk – Czyli nie wie pani, kto był kochankiem Elsy oraz gdzie go poznała?
- Nie mam pojęcia. Choć mogła go poznać w górach. Ciągle się po nich włóczyła. Ja tam gór nie lubię. One są jak kobiety: piękne, ale i niebezpieczne. Łatwo z nimi o wypadek. I raz nawet do takiego wypadku doszło.
- Jakże to? – zapytał Henryk po raz pierwszy zainteresowany tym, co mówiła pani Berker.
- Otóż pewnego razu Elsa poszła w góry i wróciła z nich naprawdę bardzo przerażona.
- Elsa wyjaśniła pani, co się stało?
- Owszem. Powiedziała, że była w górach i spotkała znowu tego młodego chłopaka.
- Jakiego chłopaka?
- Wilhelma Zarenbauma. Tego, co go komisarz Zeller teraz oskarża o zabójstwo mojej córeczki.
- A pani wierzy w jego winę? – zapytała Kasia.
- Nie, proszę pani. On nie z tych, co zabijają młode dziewczyny. On ją kochał. Cierpiał z powodu tego, co się stało.
- A co się stało? – udawał kompletną niewiedzę Henryk.
- Jak to, co? To państwo nic nie wiedzą? – zdziwiła się pani Berker – Przecież ona dawała mu nadzieję, uwiodła go, a potem porzuciła. Zresztą traktowała tak chyba połowę chłopaków z miasteczka, jeśli nie więcej. Ale nie wydaje mi się, żeby któryś z nich, jakkolwiek gorąca krew buzowała mu w żyłach, mógłby coś takiego zrobić. To musiał być ten jej gach.
- No dobrze – Kasia postanowiła wrócić do głównego tematu rozmowy – Elsa spotkała Wilhelma w górach. I co się tam stało?
- Elsa powiedziała, że posprzeczali się. Chłopak był na nią wściekły. I słusznie zresztą, w końcu zachowała się wobec niego naprawdę podle. Ale cóż... Moja córka nie poczuwała się w żaden sposób do winy. Posprzeczała się z nim i poszła sobie dalej. Niedługo potem spadł na nią wielki kamień i o mało jej nie przygniótł. W ostatniej chwili odskoczyła.
Ta wiadomość bardzo zaskoczyła Henryka i Kasię. Czego jak czego, ale tego się nie spodziewali. Więc wcześniej były zamachy na życie Elsy Berker? To zmienia postać rzeczy.
- Interesujące – rzekł Henryk – Elsa widziała, jak dokładniej spadł na nią ten głaz?
Pani Berker spojrzała w jego stronę nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Co pan ma na myśli?
- Bo jestem ciekaw, czy ktoś specjalnie mógł zepchnąć na nią ten głaz? Czy po prostu spadł on tak sam z siebie?
Matka Elsy zastanowiła się.
- Nie wiem. Elsa nie mówiła, żeby kogoś widziała przy tym głazie. Ale uważała, że to sprawka Wilhelma.
- Wilhelma? – zdziwiła się Kasia – Wilhelma Zarenbauma?
- Jego właśnie.
- Skąd takie przypuszczenie?
- Dlatego, że był tam i wcześniej pokłócił się z nią. Elsa sądziła, że to na pewno on musiał na nią zepchnąć ten kamień. Moim zdaniem była w błędzie. Wilhelm to uczciwy chłopak, choć może nie najzupełniej rozsądny. Ale nie tylko jemu nie podobało się zachowanie mojej córki. Co najmniej połowa miasteczka miała jej za złe to, co robi. Panie, czegoż to ja się o niej nie nasłuchałam?! Że latawica jest, że puszczalska lafirynda. Najwięcej to matka Wilhelma na mnie naskakiwała. Biedna kobieta. Nie rozumiała, że ja sama nie mam żadnego wpływu na moją córkę. Bo niby co miałam zrobić? Zamknąć ją pod kluczem w jej pokoju? Może i powinnam to zrobić, ale nie zrobiłam. Zresztą nie wydaje mi się, by to cokolwiek dało. Jak kobieta będzie się chciała puszczać, to zawsze znajdzie ku temu okazje. Nawet jak się ją zamknie na cztery spusty.
Henryk notował uważnie wszystkie fakty w notatniku, po czym zapytał:
- Czy coś jeszcze może nam pani powiedzieć?
- Nie wydaje mi się. Jak już wspominałam, Elsa nic mi nie mówiła, bo wiedziała, że i tak ją skrytykuję, a moich moralizujących nauk, jak je ona nazywała, nie zamierzała słuchać.
Kasia zastanowiła się przez chwilę:
- Wiedziała pani, że Elsa jest w ciąży?
Pani Berker spojrzała na nią spojrzeniem bazyliszka.
- Nie. Ale domyślałam się tego.
- Jak?
- Widać, że pani nigdy nie była matką. Wiedziała by pani w takim wypadku, że matka umie doskonale rozpoznać, kiedy jej córka jest przy nadziei. Zdradza ją wtedy bowiem zachowanie. A matka jak żadna inna osoba umie zauważyć, kiedy zachowanie jej dziecka jest podejrzane. Ja zauważyłam, ale nie miałam pewności. A Elsa nie chciała ze mną na ten temat rozmawiać. Właściwie to w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać. Ona nie była z tych córek, co to chętnie zwierzają się rodzicom ze swoich problemów.
- Rozumiemy. Kto był jej lekarzem? – zapytał Henryk.
- A niby kto mógł być? – odpowiedziała pytaniem na pytanie pani Berker – W miasteczku mamy tylko jednego lekarza. Nazywa się doktor Trainer.
- I to on badał pani córkę? – dopytywał się Henryk.
- Jestem tego pewna.
- I z pewnością wiedział, że jest ona w ciąży?
- Skoro jest lekarzem, to chyba wie, jak rozpoznać ciążę, nie sądzi pan?
- No tak, ma pani rację.
Henryk wstał i dostrzegł nagle jakieś zdjęcia na kominku. Podszedł do niego i przyjrzał się im uważnie. Jedno z nich wzbudziło jego podejrzenia.
- Przepraszam panią bardzo.
- Słucham?
- Czy ten mężczyzna na tym zdjęciu to.... sędzia Schpein?
- Tak, to on.
Henryk podrapał się lekko po brodzie i rzekł:
- Czy wolno wiedzieć, czemu ma pani jego zdjęcie na biurku?
Pani Berker podniosła na niego swoje baczne spojrzenie i powiedziała:
- Sędzia Schpein.... on..... on kiedyś.....
- Tak?
Matka Elsy nabrała powietrze w płuca i powiedziała:
- On się do mnie kiedyś zalecał.
- Zalecał się do pani? – zdziwiła się Kasia.
- Tak. W młodości bardzo mnie kochał, ale wybrałam pana Berkera, mojego męża. Teraz bardzo tego żałuję, gdyż drań mnie zostawił. A co państwa tak interesuje to zdjęcie, co?
- Bo widzi pani.... zwykle kobiety nie trzymają na kominku zdjęć swoich dawnych kochanków. Jak już to aktualnych, ale nigdy byłych.
Pani Barkey lekko uderzyła dłońmi o swoje kolana.
- A państwo to tacy znawcy w tym temacie, co? – mruknęła bardzo niezadowolona.
- Nie, proszę pani – odpowiedział Henryk spokojnym tonem – Przemawia przez nas nie doświadczenie, a jedynie zwykła logika.
- Wiesz pan co? Do d... z tą pana logiką, panie jak mu tam na nazwisko. Bo po pierwsze Schpein nie był moim kochankiem, a zalotnikiem. A to duża różnica. Po drugie zaś ostatnimi czasy bardzo mocno się do siebie zbliżyliśmy. Mamy zresztą wiele wspólnego ze sobą. Ja mam męża, ale tak jakbym nie miała, zaś on....
- Tak?
Pani Berker chciała coś powiedzieć, ale po chwili jednak zmieniła zdanie.
- Nieważne. Lepiej niech on sam państwu to powie. Ja nie jestem upoważniona do zdradzania jego osobistych tajemnic.
Henryka coś zastanowiła.
- Jak zareagował sędzia Schpein na wieść, że wychodzi pani za ojca Elsy?
- A jak miał zareagować? Wściekł się. Wyzwał mnie od ostatnich i powiedział, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
- Ale mimo tych, przyzna pani sama, poważnych oświadczeń, odnowił z panią znajomość?
- Tak. Odkąd mąż mnie zostawił, nie umiałam sobie poradzić na świecie. On mi pomagał od czasu do czasu. A kiedy straciłam również i córkę, on wspiera mnie jeszcze bardziej niż dotychczas w moim życiu. Chociaż.... – rozłożyła lekko ręce – Co to niby za życie, co? Ani chłopa, ani mego dziecka. Ja już tylko na śmierć czekam.
Wyjęła chusteczkę z kieszeni i zaczęła w nią wylewać całe morze łez, chwilę później jednak się uspokoiła i zapytała:
- Czy to wszystko, co chcieliście państwo wiedzieć?
- Tak, proszę pani – odpowiedział Henryk – Na nas już czas. Dziękuję za chwilę rozmowy.
Pani Berker powiedziała:
- Nie ma za co, proszę pana. I niech państwo dla mnie coś zrobią.
- Co mianowicie? – zapytała Kasia wstając z fotela.
- Niech państwo dopilnują, by morderca mojej córki zadyndał na szubienicy.
Henryk pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Mogę panią zapewnić, że tak się stanie – odpowiedział – Zrobimy wszystko, aby morderca pani córki zapłacił za to, co zrobił.
To mówiąc on i Kasia pożegnali się jeszcze raz z panią Berker i wyszli z domu.
- No i co sądzisz o pani Berker? – zapytał Henryk Kasię, gdy wsiadali do samochodu.
- Sądzę, że kochała naprawdę mocno córkę, mimo tego, iż przynosiła jej ona wstyd.
- To zrozumiałe. Matki powinny kochać swoje dzieci. Ale te jej łzy?
- Masz coś do jej łez? – zdziwiła się Kasia patrząc na niego zdumiona – Źle płakała czy co?
- Nie, płakała naturalnie – odpowiedział Henryk – Ale czy aby nie za dużo jak na jeden raz?
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- To, że powstaje pytanie, czy aby nie za dużo tych łez jak na jedno spotkanie? I jeszcze to zdjęcie sędziego Schpeina na jej kominku oraz doktor Trainer, który nie wspomniał podczas rozmowy z nami o ciąży Elsy.
- To nie jest znowu takie dziwne – powiedziała Kasia – W końcu pytaliśmy go o co innego. Poza tym tajemnica lekarska to nie w kij dmuchał.
- Być może tak. A być może. Tak czy inaczej mam zamiar sobie poważnie porozmawiać z tą dwójką. Bo wydaje mi się, że nie są z nami do końca szczerzy. Jeśli w ogóle.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:17, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 20:15, 02 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Tak się zastanawiam nad tym sędzią ,bo przyszło mi przez głowę ,że to może on być ojcem dziecka Elisy.
Ciekawe ,kto maczał palce w tym wcześniejszym zamachu na życie Elisy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 19:48, 04 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XVII

Rewelacje i włamanie

Henryk i Kasia wrócili do dworu von Trappów zadowoleni z powodzenia swojej misji. Co prawda nie odkryli, kto jest prawdziwym mordercą, jednak zdobyli nowe informacje, które rzucało na całą sprawę zupełnie nowe światło. Państwo von Trapp powitali ich niczym nie przymierzając archanioła Gabriela zwiastującego im dobrą nowinę.
- Jakież dobre wiatry was tu sprowadzają? – zapytała Maria Augusta uśmiechając się na ich widok.
- Czy macie jakieś dobre nowiny dla nas? – dodał Georg.
- Niestety, dobrych nie mamy – rzekł Henryk – Ale sprawa zaczyna posuwać się naprzód. Mamy nowe poszlaki.
- A jakie to poszlaki? – zapytał Georg pokazując im, by usiedli – Czy macie chociaż pojęcia, kto jest prawdziwym zabójcą?
- Mamy kilku podejrzanych – odpowiedział Henryk siadając na swoim miejscu – Nie wiemy jeszcze, kto jest naprawdę winien. Ale wiemy, że młody Wilhelm Zarenbaum jest ostatnim człowiekiem, którego można by o to posądzać.
- Jakże to? – zdumiała się Maria Augusta – Wierzę w niewinność tego chłopca, lecz jednak skąd przypuszczenie, że on jest ostatnim, którego można o to oskarżyć?
- Dlatego, że on jako jedyny nie miał motywu, żeby to zrobić – powiedział Henryk – Zabicie Elsy nic by mu nie dało. Według naszych poszlak zabił dziewczynę ten, dla kogo ukrycie jej ciąży był niczym szekspirowskie „być albo nie być”. Zabił ją kochanek, z którym ona zaszła w ciążę. Ale nie mógł nim być Wilhelm.
- Przede wszystkim dlatego, że od dawna się ona z nim nie spotykała, co potwierdziła jego matka oraz matka samej Elsy – dodała Kasia – A w dodatku dla samego Wilhelma fakt ukrycia ciąży dziewczyny nie był konieczny. Nie musiał tego robić.
- Jeśli ktoś chciał to ukryć, musiał być na tyle ważnym człowiekiem, że było to dla niego rzeczą niezbędną – dodał Henryk.
- A Wilhelm Zarenbaum to nikt ważny – dokończyła wypowiedź partnera Kasia – Mógł on spokojnie gwizdać na to, co mówią o nim ludzie.
- I tak już na to gwiżdże – mruknął niezadowolony Henryk – Ten chłopak nie tylko traktuje lekceważąco samego siebie, ale również w ogóle nie myśli o swojej przyszłości. Po odrzuceniu jego uczuć przez Elsę upijał się, przestał o siebie dbać i praktycznie stoczył się na samo dno. Głupi chłopak. Dobry, ale głupi. Żeby tak się stoczyć przez jakąś głupią dziewczynę nie wartej wcale jego uczuć.
- Iluż to już mężczyzn zmarnowało sobie życie przez głupie baby – powiedział z niesmakiem Georg.
Kasia popatrzyła na niego z lekkim oburzeniem.
- A to nieprawda – powiedziała złym tonem – Nieprawda.
- Jakże to? – zapytał zdumiony jej słowami Georg.
- Tak to, że może i kobiety przyczyniają się do zguby mężczyzn, ale jednak mężczyźni sami się zadają sobie ostateczny cios. Mężczyźni w końcu mają własny rozum, umieją chyba myśleć i sami wyciągać wnioski ze swych poczynań. Nie sądzicie o tym?
Henryk uśmiechnął się lekko słysząc jej słowa. Cała Kasia. Sufrażystka zawsze pozostanie sufrażystką. Nawet jeśli przemieni swoją osobowością w Grażyną albo Aldonę. Choć musiał przyznać, że w tym, co ona mówiła, było wiele racji.
- To prawda – rzekł – Zwykle się zwala winę na kobiety, ale często się przy tym zapomina, że mężczyźni sami pozwolili kobietom na wszystko. Marek Antoniusz mógł nie pozwolić Kleopatrze, żeby nim kierowała. Nie musiał zrywać z Rzymem i robić sobie wroga z Oktawiana Augusta. Zrobił to zauroczony jej wdziękami, czym dowiódł, że jest niczym innym jak tylko pantoflarzem i głupcem. Jeśli więc miał wszystko i przegrał wszystko, mógł jedynie siebie samego o to obwiniać.
- Dokładnie tak – dodała Maria Augusta przyłączając się do rozmowy – Albo taki Makbet. Zwykle oskarża się Lady Makbet, że to ona podburzyła męża przeciwko królowi Dunkanowi i to przez jej namowy Makbet zabił króla, zajął jego miejsce, po czym stał się tyranem i poniósł za to śmierć z ręki zbuntowanego ludu. A powodem tego jak zwykle jest baba. Co nie?
Kasia pokiwała głową na znak, że się zgadza z panią baronową, która z radością kontynuowała swój wywód.
- No bo wszystko zwala się na baby. Czemu wybuchał wojna trojańska? Przez kobietę, konkretnie Helenę Trojańską. Albo czemu pierwsi rodzice zostali wygnani z Edenu? Bo niewiasta nazwana Ewą zerwała jabłko z drzewa poznania dobra i zła, łamiąc przy tym Boski zakaz. Czemu wybuchają wojny, sprzeczki, kłótnie, zbrodnie? Wszystko przez kobiety. A zamiast obwiniania kobiet powinno się bardziej zwrócić uwagę na to, że mężczyźni zbyt łatwo im ulegają i sami zakładają sobie stryczek na szyję.
- Święte słowa – powiedziała Kasia ciesząc się, że słyszy te słowa – A co ty na to, Henryku?
Henryk uśmiechnął się delikatnie.
- Cóż... nie jestem Jankiem i nie czytam tak dużo jak on, choć dużo wiem na temat książek i historii, jednak nie tyle, co mój przyjaciel. Uważam wszak, że każdemu należy się uczciwa ocena według jego zachowania i czynów, jakie podejmuje.
- Zgadzam się – dodał Georg – Można obwiniać kobiety o przyczynę wszystkich cierpień i kłopotów. Ale jednak prawda jest taka, że mężczyźni sami są sobie winni, jeśli pozwalają, by kobiety odgrywały aż tak wielką rolę w ich życiu oraz kierowały niczym marionetkami w jakiś żałosnym teatrzyku lalek.
Rozmowa trwała między nimi długo jeszcze, po czym wszyscy udali się na kolację. Janek zdążył na nią wrócić. Przyjechał z Salzburga autobusem spędzając upojne chwile z sekretarką sędziego Schpeina. Wrócił bardzo zadowolony, ale nie tylko ze sposobu, w jaki spędzili oni we dwoje ten czas, lecz również dlatego, że dowiedział się kilku naprawdę interesujących szczegółów na temat pryncypała swojej kochanki. Wiadomości te potem przekazał Henrykowi w poufnej rozmowie pomiędzy czwórką dzielnych detektywów.
- Więc ta twoja sekretarka powiedziała ci, że Elsa odwiedzała sędziego Schpeina? – zapytała Kasia.
- Po pierwsze to nie jest moja sekretarka. A po drugie owszem, tak powiedziała – rzekł Janek niezadowolony ze słów Kasi.
Henryk zastanowił się przez chwilę.
- Czy powiedziała ci w jakim celu Elsa przychodził do sędziego Schpeina? – zapytał patrząc uważnie na przyjaciela.
Janek wzruszył ramiona.
- Nie. To znaczy tak, ale....
- No to powiedziała czy nie?
- Powiedziała to, co jej się wydawało, że jest prawdą.
Przyjaciele spojrzeli na niego zdumieni.
- Jakże to? – zapytał Henryk.
- Sekretarka sędziego jest jego kochanką.....
- Wcale mnie to nie dziwi – skomentowała to złośliwym tonem Kasia.
Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Ale ostatnio sędzia zaniedbuje ją. Nie kupuje już jej prezentów, nie spotyka się z nią potajemnie, nie odwiedza ją w jej sypialni. A wszystko to zaczęło się w chwili, kiedy Elsa po raz pierwszy odwiedziła sędziego Schpeina.
Słowa Janka zainteresowały mocno jego słuchaczy.
- Więc ona myśli, że Elsa była kochanką sędziego? – zapytał Jerzy.
- Dokładnie tak – odpowiedział Janek.
- Ale to by w takim razie oznaczało, że to sędzia Schpein jest mordercą, którego poszukujemy – mówił dalej Jerzy.
Janek pokiwał jednak głową przecząco.
- Śmiem w to wątpić – powiedział – Sędzia mógłby być kochankiem Elsy, ale jednak.... odnoszę wrażenie, że jego sekretarka nie wie, co mówi.
- Sugerujesz, że kłamie? – zapytała Kasia.
- Nie. Kłamać to na pewno nie kłamie. Ona święcie wierzy w to, co mówi. Ale to nie znaczy, że ma rację.
- Jaka jest więc według ciebie prawda? – zapytał Jerzy – Czemu Elsa odwiedzała sędziego?
- Nie mam pojęcia. Ale dowiedziałem się, że ponoć po ostatniej wizycie Elsa i sędzia bardzo mocno się kłócili.
Henryk popatrzył na niego.
- Kłócili się? A o co im poszło?
- Nie wiem. Sprzeczali się najpierw cicho, jednak potem sędzia podczas tej kłótni ponoć podniósł głos na tyle mocno, że było go słychać za zamkniętymi drzwiami.
- Co powiedział? – zapytała Kasia.
- Nie powiedział, tylko krzyknął. A krzyknął takie oto słowa: „Nie pozwolę ci na wywołanie skandalu!”. Następnie Elsa wściekła wyszła i tyle ją widziano w biurze sędziego.
Detektywi zaczęli się zastanawiać nad tym wszystkim, co właśnie usłyszeli.

***

Komisarz Zeller w towarzystwie inspektora Grubera oraz kilku policjantów stał w salonie domu von Trappów i starannie zapisywał zeznania świadków, których przesłuchiwał. Właściwie to inspektor wszystko notował. Zeller jedynie chodził po salonie i z lekkim zniechęceniem przysłuchiwał się zeznaniom, które składała pokojówka.
- A więc jak to dokładniej było? – zapytał inspektor Gruber patrząc na zapłakaną pokojówkę.
- Otóż... obudziłam się w nocy i poczułam, że strasznie mnie w gardle suszy. Chciałam się napić wody, a nie miałam jej pod ręką, więc zapaliłam świeczkę i zeszłam na dół do kuchni. Napiłam się i kiedy wracałam, ujrzałam jakiś dziwny blask. Jakby ktoś rozpalił w kominku, ale jednak nie wiedziałam kto i po co. Ruszyłam w stronę tego blasku i zobaczyłam wówczas jakiś dziwny kształt. Przerażona zapytałam, kto tu jest? Wówczas ten kształt, a raczej cień, podszedł do mnie.... właściwie to podbiegł.... uderzył mnie czymś w głowę i straciłam przytomność. Nie wiem, co było dalej.
- Czy zdążyła pani krzyknąć? – zapytał inspektor.
- Owszem – odpowiedziała pokojówka przykładając sobie opatrunek do miejsca nad okiem, w którym uderzył ją napastnik – Kiedy go przyłapałam, walnął mnie z całej siły. Gdy poczułam cios ryknęłam z bólu i upadłam na posadzkę. Nie wiem, co było dalej. Obudziłam się dopiero rano i widziałam pana doktora Dobrowolskiego, jak zakłada mi opatrunek.
Inspektor zwrócił się wówczas do Janka.
- Czy to pan pierwszy usłyszał krzyk i ruszył na pomoc?
- Tak – powiedział Janek – Wybiegłem z pokoju i wychyliłem się przez barierkę. Zobaczyłem, że na dole jakiś cień zaczyna uciekać. Rzuciłem się za nim w pościg, ale jednak nie udało mi się go dopaść. Prawie go schwytałem w kuchni, lecz niestety wymknął mi się.
- Czy napastnik miał broń? – zapytał inspektor.
- Tak. Miał rewolwer. Wyjął go, by mnie zastrzelić, ale nie zdołał tego zrobić, gdyż wytrąciłem mu pistolet z ręki.
Inspektor dał znak policjantowi, który trzymał w dłoni owinięty w chusteczkę pistolet.
- To ten rewolwer?
- Tak, ten. A przynajmniej myślę, że ten. Było ciemno, nie zdołałem się dobrze przyjrzeć tej broni ani nawet jemu. Miał zasłoniętą twarz.
- Czy.... walczył pan z napastnikiem?
- Tak. Ale niestety wyrwał mi się i uciekł przez okno wybijając je. Chwyciłem wówczas ten rewolwer, który on upuścił i.... strzeliłem za nim.
- Strzelał pan do niego?
- Tak. Trzykrotnie. Ale chybiłem.
- Dlaczego pan do niego strzelał? – odezwał się po raz pierwszy podczas tego śledztwa komisarz Zeller – Chciał pan go zabić?
- Sam nie wiem, dlaczego za nim strzelałem – tłumaczył się Janek – To był impuls. Odruch. Pierwsza rzecz, która mi przyszła wówczas do głowy.
- Pytałem się pana, doktorze, czy chciał pan zabić twego włamywacza? – zapytał z naciskiem Zeller – Więc może łaskawie mi pan na nie odpowie?
- Cóż.... nie wiem, czy chciałem go zabić. Raczej tylko zranić, spróbować zatrzymać i złapać go.
- Skoro pan chciał go złapać, czemu nie wyskoczył pan za nim przez okno i nie ścigał?
Janek lekko się zaśmiał do niego.
- Drogi panie.... ja byłem w piżamie. Miałem gonić człowieka po ciemnych łąkach oświetlonych jedynie nikłym blaskiem księżyca w piżamie? Ścigać go i ryzykować, że on się może gdzieś na mnie zasadzić i zabić? Ja sobie jeszcze cenię swoje życie.
Zeller popatrzył na niego z lekką kpiną i poklepał go delikatnie po ramieniu.
- Oczywiście. Doskonale pana rozumiem.
Następnie zwrócił się do barona von Trappa.
- Czy coś z domu zginęło? – zapytał go.
- Nie, panie komisarzu – powiedział baron von Trapp – Nic nie zginęło.
- Ani jeden przedmiot?
- Ani jeden, panie komisarzu. Widocznie włamywacz nie zdążył nic zabrać. Pokojówka go spłoszyła.
- Najwidoczniej – rzekł komisarz i rozejrzał się dookoła po salonie – Czy krzyk pokojówki zbudził cały dom?
- Tak – odpowiedziała Maria Augusta von Trapp – Cały dom stanął na nogi, kiedy ona krzyknęła. Niestety żaden z nas, poza Jankiem, który pierwszy się obudził, nie zdołał zobaczyć włamywacza ani tym bardziej go złapać.
Na tym pytania się zakończyły. Zeller nakazał jeszcze dokonać dokładnych oględzin domu, aż w końcu upewniwszy się, że niczego już więcej nie zdoła się dowiedzieć, postanowił wrócić na posterunek.
- Cóż... niczego więcej się tutaj nie dowiemy – powiedział do barona von Trappa – Może pańscy detektywi z tego pięknego kraju o nazwie Polska panu bardziej pomogą. Być może znajdą tu jakieś odciski palców lub coś w tym rodzaju. Bo niestety ja i moi ludzie nie zdołamy już nic więcej tu zrobić.
Henryk popatrzył na niego z lekką złością w oczach.
- Może się pan tego nie obawiać – rzekł – Włamywacz zostanie znaleziony. Jestem tego pewien.
Zeller zaśmiał się ironicznie słysząc te słowa.
- Doskonale. A zatem będę czekał na jakieś ciekawe wiadomości na temat tego tajemniczego włamywacza. I mam nadzieję, że nie grzebiecie się państwo dalej w sprawie młodego Zarenbauma.
- Nie, proszę pana – odpowiedział Henryk – Zgodnie z pana życzeniem nie zajmujemy się tym już.
- Tym lepiej – powiedział Zeller i śmiejąc się lekko wyszedł z domu.
Janek podszedł do inspektora Grubera i zapytał:
- Kiedy odbędzie się proces młodego Zarenbauma?
- Najprawdopodobniej za kilka dni – odpowiedział inspektor – Ale raczej nie potrwa on zbyt długo. Dowody są tak jednoznaczne, że nie jest w stanie się od nich wymigać.
- Dziękuję panu – powiedział Janek lekko kiwając głową na znak zrozumienia.
- Czy ma pan mi jeszcze coś do powiedzenia na temat tego włamywacza?
- Nie... chociaż.... coś sobie przypomniałem.
- Co dokładnie?
Janek zastanowił się lekko i powiedział:
- Chodzi o to, że zapomniałem czegoś dodać do moich zeznań.
- A więc niech pan to doda teraz.
- Otóż.... podczas walki z napastnikiem złapałem nóż kuchenny i broniąc się przed nim zraniłem go w ramię.
- Ranił go pan?
- Tak.
- Gdzie dokładniej?
Janek dotknął jego prawego ramienia.
- O tutaj! Ciąłem go wzdłuż. Rana na pewno jeszcze tam jest i coś mi mówi, że długo mu ona pozostanie. Cięcie było bowiem dość głębokie.
- Hmmmm.... to może być ważna wskazówka. Dziękuję panu bardzo, panie doktorze.
To mówiąc inspektor wyszedł z resztą policjantów.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:18, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 8:40, 05 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Ciekawe ,kto dokonał tego włamania.
I czy to sędzia był ojcem dziecka Elisy i on ją zabił ?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 20:26, 06 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XVIII

Randka i poszukiwania

Janek podszedł do pogrążonego we własnych myślach Henryka.
- Jak sądzisz, przyjacielu? Czego szukał włamywacz? – zapytał.
Zapytany dopiero po chwili spojrzał na Janka i odpowiedział:
- Nie wiem, Janku. Ale czegokolwiek szukał, obawiam się, że to znalazł.
- Śmiem wątpić – odpowiedział Janek – Przecież kiedy go ścigałem nie miał nic w ręku. Oprócz oczywiście rewolweru, który mu jednak zabrałem.
Henryk spojrzał na niego uważnie.
- Jesteś pewien, że nie miał nic ze sobą? – zapytał.
- Całkowicie jestem tego pewien – odpowiedział Janek – Nie miał ze sobą nic, nawet worka na łupy. Jeśli coś stąd ukradł, to na pewno nie miał jak tego zabrać.
Detektyw popatrzył na swego przyjaciela, po czym powiedział:
- Powinniśmy się lepiej przyjrzeć temu domowi. Być może znajdziemy w nim coś, co przeoczyła policja.
Henryk i Janek wyszli z pokoju i wpadli na Jerzy z Agathe. Trzymali się za ręce, ale na widok detektywów lekko się zmieszali.
- Idziecie gdzieś? – zapytał Janek z uśmiechem na ustach.
- Owszem. Jedziemy do Salzburga – odpowiedział mu Jerzy – Na wycieczkę rowerową.
- W Salzburgu jest teatr – wyjaśniła wujkowi Agathe – Wystawiają dzisiaj „Fausta cz. I”.
- Chcemy ją obejrzeć – dodał Jerzy – To nasza ulubiona sztuka. Swego czasu w niej grałem.
- Niech zgadnę. Byłeś Faustem? – zaśmiał się dowcipnie Henryk.
Jerzy uśmiechnął się.
- Blisko. Grałem Mefistofelesa. Ducha, który sam sobie zaprzecza, gdyż chcąc czynić zło, czyni dobro. Ale raz mi dali główną rolę. Tylko raz.
Henryk machnął na to ręką. W tej chwili nie obchodziły go rewelacje z życia przyjaciela, miał bowiem inne sprawy na głowie.
- A powiedzcie mi, proszę, czy w Salzburgu jest może jakiś grafolog? – zapytał.
Agathe zastanowiła się przez chwilę.
- Muszę zapytać ojca, bo nie jestem pewna.
Wszyscy więc udali się do barona von Trappa. Rozmawiał on właśnie z pokojówką – tą samą, którą w nocy zaatakował włamywacz. Henryk wszedł do pokoju pierwszy i wówczas zobaczył scenę, która w jego oczach wyglądała bardzo dwuznacznie. Baron na widok słynnego detektywa szybko odskoczył od pokojówki i kazał jej wyjść.
- Ja..... ja tego no.... – Georg von Trapp czuł się przed Henrykiem wyraźnie skrępowany – Dziewczyna wciąż była w szoku po wydarzeniach w nocy. Chciałem ją tylko podnieść na duchu.
- Rozumiem doskonale – odpowiedział mu Henryk – Ale ja nie w tej sprawie. Pańska córka ma do pana ważne pytanie.
- O! A jakież to?
- Niech sama je panu zada.
Agathe weszła po chwili do pokoju z Jerzym oraz Jankiem.
- Tatku – zaczęła Agathe – Czy w Salzburgu mieszka jakiś grafolog?
Baron von Trapp zastanowił się nad tym, po czym odpowiedział:
- Tak, mieszka tam grafolog. Nazywa się Beizen. Doktor Otto Beizen. A czemu pytacie?
- Bo potrzeba mi kogoś, kto by porównał pewne dwie próbki pisma – odpowiedział za dziewczynę Henryk – Dziękujemy panu, panie baronie. Może pan wrócić spokojnie do pocieszania pokojówki.
Słowo „pocieszania” użył w formie czystej i złośliwej ironii.
- A jakie pisma chcesz ze sobą porównać, przyjacielu? – zapytał Janek.
Henryk wyjął z kieszeni posklejany taśmą klejącą list od doktora Trainera do pana Grimera.
- Chcę porównać to pismo....
Następnie wyjął z kieszeni inne pismo, którym był drugi list do pana Grimera, przyczyna jego samobójstwa.
- Z tym pismem – dokończył Henryk.
Janek zdziwił się mocno.
- Skąd masz te dwa pisma?
- Pierwsze znalazłem w koszu na śmieci przed motelem „Pod Gwiazdami”.
- Domyślałem się tego – mruknął zdegustowany Janek.
- A ten drugi gwizdnąłem z biurka Zellera. Nawet nie zauważył.
Janek był w głębokim szoku, kiedy to usłyszał.
- Ukradłeś to Zellerowi? Zwariowałeś czy co? A jak się drań zorientuje i domyśli się, że to ty zabrałeś ten papier?
- Nie bój się. Ten człowiek nie wygląda na kogoś, kto by umiał dodać dwa do dwóch, a co dopiero domyślić się czegoś takiego. A nawet jeśli, to najpierw musi mi to udowodnić, by mnie postawić w stan oskarżenia.
- Na twoim miejscu nie byłbym takim optymistą – mruknął Janek.
Henryk nie przejął się jego słowami i podał oba papiery Jerzemu.
- Zawieście te dwa kawałki papieru temu grafologowi z Salzburga. W miarę możliwości w nienaruszonym stanie.
- Dobrze, panie Henryku – odpowiedziała Agathe.
- Nie rozumiem tylko, po co ci to – rzekł Jerzy.
- Widzisz, Jurku, mam pewne podejrzenia wobec doktora Trainera – pospieszył z wyjaśnieniami Henryk.
- Doktora Trainera? – zdziwił się Jerzy – Sądzisz, że to on może być mordercą, którego szukamy?
- Ja nic nie sądzę – odpowiedział mu słynny polski detektyw – Ale musimy sprawdzić każdą poszlakę.
Jerzy schował do kieszeni oba papierki, po czym powiedział:
- Zawieziemy je do grafologa. Jeśli się uda, dostaniesz odpowiedź jeszcze dzisiaj.
- Liczę na was, przyjaciele – rzekł Henryk – A więc szczęśliwej podróży.
- I bawcie się dobrze – dodał Janek puszczając wesoło oczko przyjacielowi.

***

Jerzy i Agathe wskoczyli na rowery, po czym z radością w sercach pojechali nimi do Salzburga. Lato było tego roku niezwykle piękne, więc jazda rowerem sprawiała dwójce cyklistów czystą przyjemność. Jadąc przez drogę śpiewali wesoło kilka zabawnych piosenek pasujących w sam raz jak na taką wycieczkę. Po jakimś czasie dotarli na miejsce.
- Która jest godzina, panie Jerzy? – zapytała Agathe.
Jurek zerknął na zegarek na ręce.
- Jest pierwsza po południu.
- Mamy więc półtorej godziny do przedstawienia – stwierdziła panna von Trapp – Możemy więc śmiało odwiedzić doktora Otto Beizena.
- Oby tylko udzielił nam szybkiej i profesjonalnej odpowiedzi.
Agathe von Trapp uśmiechnęła się.
- Ja także mam nadzieję, że to specjalista w swoim fachu. Sęk jednak w tym, że oni zwykle nie pracują szybko.
- Wiadomo. Albo szybko, albo skutecznie, panno Agathe.
Słysząc te słowa córka barona von Trappa podeszła do swego rozmówcy i spojrzała mu w oczy.
- Wiem, że to wbrew obyczajom, ale chciałabym, żebyśmy przeszli na „ty”, panie Jerzy.
Jerzy uśmiechnął się do niej. Propozycja dziewczyny bardzo mu się podobała.
- Jeśli chodzi o mnie, to pomysł ten wydaje mi się piękny, jako że również nigdy nie byłem zwolennikiem konwenansów. Dlatego.... z przyjemnością przejdę z panią.... z tobą na „ty”.
Oboje podali sobie dłonie na znak zawartej właśnie przyjaźni.
- A więc doskonale.... – powiedział Jerzy – Znajdźmy tego doktora Beizena.
- Oczywiście, panie.... znaczy.... Jerzy.
Agathe z trudem nieco przyszło ostatecznie przejście na „ty” z młodym mężczyzną, który bardzo jej się podobał. Po jakimś czasie jednak opanowała sztukę mówienia do niego po imieniu i pomogła swemu przyjacielowi znaleźć doktora Beizena. Nie było to trudne, gdyż był on postacią niezwykle znaną i lubianą w całym mieście.
Doktor przyjął od swoich młodych gości dwie próbki pisma, po czym obiecał do wieczora wysłać telegram z wiadomością, jaki jest wynik jego analizy.
- A nie mógłby pan tego zrobić teraz? W tej chwili? – zapytał z nadzieją w głosie Jerzy.
Grafolog jednak powiedział, że jest to niemożliwe, gdyż ma on obecnie kilka ważnych obowiązków, którym musi się poświęcić. Obiecał jednak, że telegram do domu państwa von Trapp zostanie jeszcze dzisiaj wysłany, a jego treścią będzie wynik analizy porównawczej oby próbek pism. Jerzy i Agathe uznali, że więcej nie zdołają uzyskać, więc poszli do teatru, gdzie miało się za kilkanaście minut odbyć przedstawienie.
- Uwielbiam „Fausta” – powiedziała Agathe, gdyż już szli w kierunku teatru – Piękna sztuka. Do tego moim zdaniem najlepsze dzieło Goethego. „Cierpienia młodego Wertera” są w porównaniu z nim żałosne.
- Zgadzam się – odezwał się Jerzy, gdy kupowali bilety – Ale jednak zdecydowanie wolę pierwszą część, niż drugą. Właśnie, kiedy wystawiają drugą?
- Chyba jutro. Zresztą po przedstawieniu będziemy mogli się tego dowiedzieć. A co do tego, która część jest lepsza, to zdecydowanie ja także wolę pierwszą, choć musisz przyznać, że druga jest zdecydowanie o wiele bardziej ambitna.
- Nie wiem, czy bardziej ambitna, ale że bardziej skomplikowana, to fakt.
Agathe słysząc jego słowa wybuchła gromkim śmiechem i Jerzemu przez chwilę wydawało się, że samo niebo się do niego uśmiechnęło. Wiedział już, że uwielbiał śmiech tej dziewczyny, a także każde spojrzenie, jakie na niego kieruje, a przede wszystkim ją samą. Chciał z nią spędzać każdą chwilę, którą tylko mógł. I niech diabli porwą różnicę klasowe! Pragnął, żeby oboje mogli być razem, gdyż czuł, że ją kocha. Miał tylko nadzieję, że ona jego również.
- Poza tym podoba mi się wątek Małgorzaty występujący tylko w części I – kontynuował swoją wypowiedź Jerzy.
Agathe uśmiechnęła się do niego.
- Zgadzam się. Piękna historia, choć bardzo smutna. Bardzo mi żal tej dziewczyny. Przez intrygi Mefistofelesa Faust zabił w pojedynku jej brata, Walentego, a ona sama niechcący uśmierciła własną matkę podając jej eliksir na sen ofiarowany przez Fausta, a który stworzył Mefisto. Eliksir na sen. Sen wieczny. I jeszcze potem narodziny dziecka, które z rozpaczy utopiła.
Jerzy uśmiechnął się do niej.
- Zważ jednak na to, że im więcej zła uczynił Mefisto, tym więcej cierpienia zadał Faustowi i doprowadził do tego, że chciał on bardziej czynić dobro. A do tego jeszcze Małgorzata nie czyniła zło specjalnie, stawała się coraz bardziej pobożna i szlachetna.
- I właśnie dlatego nazywa się on duchem, co sam sobie przeczy, bo chcąc czynić zło czyni dobro.
Agathe zaśmiała się do niego ponownie. Boże, jak ona pięknie się uśmiecha.
- Czemu się śmiejesz?
- Sama nie wiem – odpowiedziała panna von Trapp – Bo właśnie pomyślałam sobie, jak rozkosznie musiałeś wyglądać z rogami oraz ogonem, kiedy grałeś Mefista w „Fauście”. Musiałeś być naprawdę uroczy z tymi słodkimi, małymi różkami.
- Skąd wiesz, że były małe?
Teraz to oboje zaczęli się śmiać.
W końcu jednak nadszedł czas na przedstawienie, udali się więc na widownię i usiedli na swoich miejscach. Chwilę później rozpoczęło się przedstawienie.

***

Podczas gdy Jerzy i Agathe miło spędzali ze sobą czas w teatrze Henryk i Janek w towarzystwie Kasi oglądali dokładnie cały dom von Trappów, ku wielkiemu zdziwieniu jego właścicieli.
- Wolno wiedzieć, co państwo robią? – zapytał Georg zaintrygowany tym wszystkim.
- Szukamy czegoś – odpowiedział Henryk nie przerywając oględzin domu.
- A konkretnie to czego państwo szukają? – ponownie spytał von Trapp.
- Może możemy w czymś pomóc? – dodała Maria Augusta.
- Niekoniecznie – odpowiedziała Kasia – A szukamy czegoś podejrzanego w tym domu.
- Podejrzanego? – zdziwiła się Maria Augusta – Sądzicie, że policja coś przeoczyła w swoich oględzinach?
- Tak właśnie sądzimy, pani baronowo – odpowiedział jej Henryk – I mamy podstawy do tego, by tak sądzić.
- Dlaczego? – zapytał baron.
- Choćby dlatego – rzekł Henryk wskazując na kominek w salonie – Widzicie?
Wszyscy przyjrzeli się dokładnie palenisku, które wskazał detektyw.
- Owszem, widzimy – powiedział Janek.
- I co tam widzicie?
- Popiół. A co mamy innego widzieć?
- Ale to świeży popiół, proszę państwa – wyjaśnił Henryk dotykając go powoli, biorąc nieco do ręki i powąchał – Według zeznań pokojówki widziała jakiś dziwny blask. Moim zdaniem to blask płomienia w kominku.
- Ogień? W lecie? – zdziwiła się Katarzyna – Kto by niby palił w kominku w nocy, kiedy jest tak duszno?
- Wiemy, kto to zrobił. Nasz włamywacz.
- Włamywacz? – zdziwił się Georg – Ale po co?
- Tego jeszcze niestety nie wiem. Lecz sądzę, że ten popiół coś w sobie kryje.
To mówiąc detektyw zaczął dokładnie przeglądać palenisko, zakładając jednak na ręce rękawiczki. Widać było, że prowadzi on intensywne poszukiwania. Trwały one dobrych kilka minut, ale w końcu znalazł to, czego szukał.
- Eureka! – zawołał wyjmując coś z paleniska – Oto ślad naszego włamywacza. Zobaczcie, co znalazłem!
Z radością pokazał wszystkim trzymany w dłoniach okrytych rękawiczkami mały i podłużny przedmiot, na którego widok wszystkich zamurowało.
Tym przedmiotem był śrubokręt.
- Śrubokręt? – zdziwił się Janek – A co tu robi śrubokręt?
- I po co on był włamywaczowi? – zdumiała się Kasia – Wydaje mi się, że szuflady bądź sejf otwiera się innymi narzędziami. Dziwne.
- I dlaczego policja go nie znalazła podczas oględzin domu? – zapytał równie zdumiony, co wszyscy, Georg.
- Właśnie.... dlaczego? – zapytał Henryk, po czym uśmiechnął się niczym Sfinks – Spokojnie, moi państwo. Zagadka powoli zaczyna się rozwiązywać. Nie wiem jeszcze wszystkiego, ale jutro muszę poważnie porozmawiać z młodym Zarenbaumem, sędzią Schpeinem oraz doktorem Trainerem. Ponowne rozmowy z tymi trzema panami pozwolą mi odpowiedzieć na wszystkie pytania, które sobie obecnie stawiam.
- A jakież to pytania? – zapytała Maria Augusta.
Henryk ponownie się uśmiechnął.
- Na razie zachowam je dla siebie.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:19, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:35, 06 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Ciekawe czy ta powieść zbliża się do końca ,czy wręcz przeciwnie ?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 20:39, 08 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XIX

Trzecia ofiara

Odkrycie, którego dokonał Henryk Spryciarski, wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami domu. Dało im bowiem do zrozumienia, że morderca nie poprzestał na swojej ofierze, ale najwidoczniej był w stanie zagrozić całej rodzinie von Trapp, jeśli ta nie przestanie się nim interesować. Oczywiście włamanie niekoniecznie musiało się wiązać z morderstwem Elsy Berker, jednak Henryk był pewien, że musi mieć ono z nim wiele wspólnego. Pytanie tylko, po co był potrzebny włamywaczowi śrubokręt? I czy tylko ten przedmiot wziął on ze sobą na „robotę”, czy też może więcej? A jeśli więcej, to gdzie one są? Jak to śrubokręt znalazł się w kominku? I wreszcie czemu policja nie znalazła go podczas oględzin domu? To wszystko nie dawało im spokoju.
Odpowiedzi na te pytania Henryk Spryciarski albo znał doskonale albo dopiero próbował je znaleźć. Tak czy inaczej nie puścił pary z ust nawet przed swymi przyjaciółmi dając im wyraźnie do zrozumienia, że woli im powiedzieć swoje przemyślenia dopiero wtedy, kiedy już ułoży je w logiczną całość.
- Jego nie można przymuszać – powiedział Janek do Georga i Marii Augusty – On już taki jest. Nie pierwszy raz z nim pracuję w tej branży i doskonale wiem, jakie on ma metody. Lubi zachować dla siebie najważniejsze i ujawniać wszystko dopiero na samym końcu, kiedy już rozwiążę zagadkę. Dzięki temu bowiem udaje mu się osiągnąć odpowiedni efekt psychologiczny.
To mówiąc Janek uśmiechnął się delikatnie do kuzyna i jego żony.
- Uwierz mi, kuzynku – zaśmiał się Janek – Henryk taki właśnie jest. Dzielny, odważny, pomysłowy i genialny detektyw, ale niestety też nieco próżny. Lubi być chwalony i podziwiany, lecz prawdę mówiąc, trudno mu mieć to za złe. Henryk ma w sobie bowiem to „coś”. Coś, co sprawia, że trudno go nie lubić mimo jego próżności i chęci roztaczania wokół siebie aury tajemniczości. Zostawmy go z jego myślami. Albowiem jeśli ktoś może rozwiązać tę zagadkę, to tylko on jeden.
Zgodnie z radą doktora Dobrowolskiego cała trójka rozmówców zostawiła Henryka samego z własnymi myślami. Janka natychmiast złapały dzieci barona von Trappa namawiającego go do wspólnej zabawy. Gwoli ścisłości namawiały go jedynie Werner, Hedwiga, Johanna i Martina. Rupert jako najstarszy z całej grupy był już prawie dorosłym mężczyzną i jedynie pozwalał on rodzeństwu na to, by go ono do swoich zabaw wciągało. Agathe była w teatrze z Jerzym, natomiast Marysia nazywana była nie bez powodu przez resztę rodzeństwa „mrukiem”, rzadko bowiem okazywała, że ją coś bawi lub raduje i zwykle zachowywała ponurą minę. Z trudem komukolwiek udawało się tę minę zamienić w radosny lub chociaż przyjemny uśmiech.
Dzieci namówiły swego ukochanego wujaszka do zabawy z nimi w statek piracki. Przerobiły one kanapę w salonie na okręt, fotele na flotę wroga, a poduszki na kule armatnie. Oczywiście nie zapomnieli przy tym o typowych pirackich strojach jak przepaski na oko, kolorowe chusty na głowy czy drewniane szable oraz pistolety na wodę. Janek nałożył wielki, kapitański kapelusz i jednogłośnie został okrzyknięty dowódcą pirackiego okrętu „Szalony tapczan”. To znaczy on sam ogłosił się kapitanem, a reszta to zaakceptowała. Dlatego właśnie odbyło się to „jednogłośnie”. Jednym głosem, który uszanowali wszyscy.
- Ahoj, marynarze! – zawołał Janek wcielając się poważnie w rolę, jaką przyjął – Sztorm czy nie sztorm, noc czy dzień, nie straszny nam żaden orkan, żaden wiatr. Ani nawet szkorbut, ani cisza na morzu. My bowiem jesteśmy piraci z groźnego okrętu „Szalony tapczan”! Płyniemy po łupy i nie cofniemy się przed niczym, żeby tylko je zdobyć. A kto się nam sprzeciwu, tego zmusimy, by spacerował po desce!
- Jo ho ho! I butelka rumu! – zawołały wesoło dzieci.
Janek popatrzył groźnie na swoją załogę:
- Bosmanie, szykuj załogę, gdyż widzę przed nami zarobek!
Rupert wesoło stanął na baczność.
- Bosman Szczurza Śmierć melduje się na rozkaz, kapitanie Krwawy Janie! – zawołał.
Janek uśmiechnął się wesoło. Zabawa bardzo mu się podobało.
- Załoga ma stanąć w szeregu. Chcę sprawdzić, czy nikogo nie brakuje!
- Załoga! Baczność! W szeregu zbiórka już! – ryknął bosman Rupert.
Dzieci stanęły w rządku i z trudem zachowując powagę po kolei zaczęli wymieniać swoje imiona, a raczej pirackie przydomki.
- Marynarz Wesoły Jack gotów do siekania i krajania na plasterki! – zawołał wesoło Werner.
- Doskonale! – pochwalił go Janek.
- Załogowy medyk Hedwiga Eskulap gotowa do opatrywania ran! – krzyknęła wesoło Hedwiga.
- A piratka Rymująca Panna na łupienie gotowa, jak do kąpieli wanna – rymowała jak zwykle Johanna.
- Zaś pirat Dzika Georgina jest gotowa do upuszczania krwi oraz rozpruwania flaków! – zawołała dziko mała Martina, wymachując groźnie drewnianym mieczykiem.
- Martino! – krzyknęła na siostrę nieco zgorszona Marysia von Trapp.
Janek popatrzył na nią wesoło.
- A co powie pani pirat Marudząca Maria? – zapytał ją słodkim tonem.
Marysia nieco się nadąsała za przydomek, który nadał jej wujek, po czym powiedziała krzyżując ręce na piersi:
- Jestem gotowa!
Powiedziała to z lekką złością, jednak Jankowi w zupełności to wystarczyło.
- Statek kupiecki przed nami! Załadować działa!
To mówiąc wskazał drewnianą szablą na fotel stojący przed ich statkiem. Załoga natychmiast pochwyciła poduszki w ręce.
- Cel namierzony, kapitanie! – zawołał wesoło bosman Rupert.
- Uwaga.... OGNIA!
Dzieci natychmiast zaczęły ciskać poduszkami w fotel śmiejąc się przy tym wesoło.
- Dosyć, przyjaciele! Do abordażu! I nie brać jeńców! – krzyknął Janek wchodząc całkowicie w swoją rolę.
Piracka załoga statku „Szalony tapczan” rzuciła się natychmiast do walki. Przeskoczyła z tapczanu na fotel i zaczęła tam zaciekle walczyć z niewidzialnymi przeciwnikami, machając przy tym swoją groźną i zabójczą bronią. Zabijali, rabowali, plądrowali, po czym oczywiście tradycyjnie wysadzili wrogi statek w powietrze upajając się tym jakże pięknym widokiem. Wszystko to odbyło się, ma się rozumieć, w świecie ich wyobraźni.
Po dokonaniu udanego napadu, krwawa piracka banda powróciła na statek i odśpiewała piosenkę znaną pod tytułem „Morskie opowieści”. Była ona śpiewana po polsku, czyli w języku, którego dzieci von Trappa nie znały za dobrze, dopiero się go bowiem uczyły. Ale jak wiadomo, łatwiej się nauczyć zagranicznej piosenki niż całego obcego języka.
Pierwszy zaczął śpiewać Janek:

Kiedy rum zaszumi w głowie.
Cały świat nabiera treści.
Wtedy chętnie człowiek słucha
Morskich opowieści.

Kto chce, ten niechaj słucha,
Kto nie chce, niech nie słucha,
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Następnie dzieci zaczęły śpiewać po kolei kolejne zwrotki tej jakże morskiej i wspaniałej pieśni. Rupert zaśpiewał:

Łajba to jest morski statek,
Sztorm to wiatr co dmucha z gestem,
Cierpi kraj na niedostatek
Morskich opowieści.

Kto chce, ten niechaj słucha.
Kto nie chce, niech nie słucha.
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Następna wystąpiła Marysia. Nie miała ona wesołej miny jak reszta jej rodzeństwa, ale mimo to zaśpiewała:

Pływał raz marynarz, który
Żywił się wyłącznie pieprzem,
Sypał pieprz do konfitury
I do zupy mlecznej.

Był na „Lwowie” młodszy majtek,
Czort, Rasputin, bestia taka,
Że sam kręcił kabestanem
I to bez handszpaka.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Kolejną zwrotkę zaintonował Werner. Z zawadiacką minką zaczął śpiewać:

Jak pod Helem raz dmuchnęło,
Żagle zdarła moc nadludzka,
Patrzę – w koję mi przywiało
Nagą babkę z Pucka.

Niech drżą gitary struny,
Niech wiatr grzywacze pieści,
Gdy płyniemy pod banderą
Morskich opowieści.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Później śpiewała Hedwiga starając się udawać, jak najlepiej się tylko da groźną, acz piękną piratkę:

Rudy Joe, kiedy popił,
Robił bardzo głupie miny,
Albo skakał też do wody
I gonił rekiny.

I choć rekin twarda sztuka,
Ale Joe w wielkiej złości
Łapał gada od ogona
I mu łamał kości.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Potem wystąpiła uwielbiająca rymy Johanna, która zaśpiewała tak:

Od Falklandu-śmy płynęli,
Doskonale brała ryba.
Mogłeś wędką wtedy złapać
Nawet wieloryba.

Może ktoś się będzie zżymał
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Ostatnie wersy tej piosenki zaśpiewała już Martina:

Raz bosmana rekin pożarł,
Lecz nie smućcie się kochani,
Bosman żyje, rekin umarł,
Zatruł się zbukami.

Kto chce, ten niechaj wierzy,
Kto nie chce, niech nie wierzy
Nam na tym nie zależy,
Więc wypijmy jeszcze.

Hej, tam! Kolejkę nalej!
Hej, tam! Kielichy wznieście!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom!

Oczywiście piosenka miała o wiele więcej zwrotek, ale Janek poprzestał na nauczeniu swoich chrześniaków jedynie tych zwrotek, które nadawały się do śpiewania ich przez dzieci. Pozostałe, zawierające w sobie wulgaryzmy oraz aluzje zrozumiałe jedynie przez świat dorosłych, Janek wolał sobie darować.
Zabawa w piracki okręt była niesamowicie przyjemna, lecz nawet najprzyjemniejsza zabawa musi mieć swój kres. Ten kres nadszedł w chwili, gdy Maria Augusta weszła do salonu i powiedziała, że już pora na obiad. Dzieci udały się więc ze swoim uwielbianym wujaszkiem do jadalni.

***

Henryk siedział w salonie pogrążony we własnych myślach. Obok niego siedzieli Kasia i Janek starając się nie przerywać jego rozmyślań.
- Jak myślisz? Jak długo będzie on tak medytował? – zapytała Kasia szeptem.
Janek nie odrywając wzroku od przyjaciela szepnął:
- Nie jestem pewien, ale on może tak siedzieć nawet pół dnia. Ja go znam.
Oboje popatrzyli na siebie i zgodnie pokiwali głowami na znak porozumienia. Widać ta jakże skrajnie różniące się ze sobą dwójka umiała się ze sobą dogadać. Rzadko bo rzadko, ale jednak.
Ciszę nagle przerwał dzwoniący telefon. Janek, który był najbliżej odebrał i zapytał:
- Halo, słucham? Oczywiście. Jest tutaj – następnie podał słuchawkę Henrykowi – To do ciebie.
Henryk wyrwany w dość brutalny sposób ze swoich myśli niechętnie wziął do ręki słuchawkę telefonu i zapytał, kto mówi.
- Pan Spryciarski? Henryk Spryciarski? – zapytał głos w słuchawce.
- Wzmiankowany przy telefonie – odpowiedział Henryk próbując poznać głos, który do niego mówił.
- To dobrze, że to pan. Mówi Eleonora Abner.
- Wielebna Matka? – zdumiał się Henryk i ściszył lekko głos – Co się stało, że Matka tu dzwoni?
- Byłam dzisiaj wieczorem u pani Berker. Chciałam ją podnieść na duchu. Podczas rozmowy wspomniałam jej o mordercy. Obie nie wierzymy, żeby był nim Wilhelm Zarenbaum.
- Cieszę się, że Matka tak uważa. Ale czy coś się stało, że Matka dzwoni?
- Tak. Otóż wracając z domu pani Berker rozważałam w głowie słowa, które podczas tej rozmowy padły. Może to bez znaczenia, ale wydaje mi się, że wiem, kto może być prawdziwym zabójcą.
Henrykowi aż oczy zabłysły na wieść o tym.
- Poważnie? Wielebna Matka wie, kto jest zabójcą?
- Nie mówię, że wiem. Ale podejrzewam, że wiem, kto to może być.
- A więc?
- Tutaj nie mogę mówić. Źle się czuję w tym miejscu. Muszę się z panem spotkać. Wszystko panu opowiem, gdy się spotkamy.
- Gdzie Wielebna Matka się znajduje?
- Dzwonię teraz z telefonu w oberży „Pod Wesołym Diabłem”.
- Proszę więc tam zostać i nigdzie nie iść. Ja już do Matki jadę.
- Jak szybko pan będzie?
- Myślę, że kwadrans mi wystarczy. Kwadrans do pół godziny.
- Doskonale. Będę na pana czekać przed oberżą.
- Ale, Wielebna Matko…. – zawołał Henryk, ale nie zdążył dokończyć, gdyż Matka Eleonora odłożyła słuchawkę.
Henryk zaklął po cichu, zerwał się z fotela i chwycił płaszcz.
- Gdzie idziesz? – zapytał Janek.
- Do oberży „Pod Wesołym Diabłem”. Muszę się spotkać z Wielebną Matką, Eleonorą Abner. Możliwe, że wie, kto jest zabójcą.
- Jadę z tobą! – zawołała Kasia.
- I ja także – dodał Janek.
- Dobrze. Mam nadzieję, że twój kuzyn użyczy nam samochodu. Będziemy w mieście szybciej.
- Zaraz go zapytam.
Georg chętnie udostępnił samochód przyjaciołom, także już po chwili Henryk, Kasia i Janek pędzili autem w stronę oberży mając nadzieję, że szybko zjawią się na miejscu.
- Powiedziała, że będzie na nas czekać przed oberżą – powiedział Henryk – Mam nadzieję, że nigdzie sobie nie poszła.
- Skaranie boskie z tymi babami – mruczał niezadowolony Janek – Nie mogła powiedzieć, o co jej chodzi przez telefon? Teraz musimy jeszcze się męczyć. Choroba zakaźna, jak pragnę zdrowia. Daleko jeszcze ta oberża?
- Już prawie jesteśmy na miejscu – rzekł Henryk.
Rzeczywiście oberża była tuż przed nimi. Trójka detektywów wysiadła z auta i rozejrzała się dookoła, po chwili dostrzegając Matkę Eleonorą stojącą przed oberżą.
- Halo, Wielebna Matko! – zawołał Henryk machając do niej ręką!
- Panie Henryku! – zawołała przeorysza – Już do pana idę!
I natychmiast ruszyła przez ulicę na drugą stronę chodnika, po której zatrzymali się trzej detektywi. Nie zdążyła jednak do nich dotrzeć, gdyż nagle z ciemności wyskoczyło czarne auto, które nim ktokolwiek zdążył zareagować uderzyło w nią i odrzuciło na bok, a następnie natychmiast odjechało z miejsca wypadku.
Detektywi natychmiast ruszyli na pomoc potrąconej Matce Eleonorze. Henryk wyrwał zza pasa rewolwer i strzelił kilka razy w stronę uciekającego samochodu. Nie udało mu się trafić ani opon ani kierowcy, ale wybił tylny reflektor oraz zrobił dwie dziury na karoserii nim sprawca uciekł.
Janek szybko podbiegł do nieprzytomnej zakonnicy i sprawdził jej puls.
- Żyje – powiedział uspokajającym głosem.
- Dzięki Bogu. Kto to był? – spytała Kasia oddychając z ulgą.
- Nie wiem. Ale nie miał dobrych zamiarów – odpowiedział Henryk chowając broń – Zabierzmy ją do szpitala i to prędko!


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:20, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:44, 08 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Mam nadzieję ,że matka wielebna przeżyje.
Kto chciał ją zabić ?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 20:35, 09 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XX

Henryk przesłuchuje doktora Trainera

Eleonora Abner została natychmiast zabrana do szpitala przez trzech detektywów. Lekarze, którzy przyjęli ją na salę operacyjną stwierdzili, że przywieziona została w ostatniej chwili. Jeszcze trochę i żadna operacja by jej już nie pomogła. Janek jako lekarz osobiście pomagał w ratowaniu mniszce życia, dzięki czemu mógł on zapewnić Henryka i Kasię, że życiu Wielebnej Matki nie zagraża już niebezpieczeństwo. Jednak rozmawiać z nią jeszcze póki co nie można. Jej stan na to nie pozwala.
- Ten łajdak uderzył w nią z całej siły – powiedział Janek siadając obok Henryka – Szkoda, że nie udało się nam go złapać.
- Nie mieliśmy wyboru – rzekła Kasia – Mogliśmy albo go ścigać, albo ratować Wielebną Matkę. I myślę, że dobrze wybraliśmy.
- Też tak uważam – odparł Janek – Lecz z drugiej strony zamachowiec w pewien sposób osiągnął swój cel. Nim Wielebna Matka będzie zdolna rozmawiać z ludźmi, odbędzie się proces Wilhelma Zarenbauma i chłopaka skażą na śmierć.
- Przecież nie wieszają człowieka od razu po wydaniu wyroku – powiedziała Kasia uspokajającym tonem – Mamy jeszcze na tyle dużo czasy, by go ocalić.
- Być może – dodał Janek – Ale z braku choćby najmniejszych dowodów na jego niewinność sprawia, że nie możemy nawet wnosić o apelację.
- Ale złożeniem takiego wniosku zyskamy na czasie.
- Być może, ale bardzo niewiele. Może się okazać, że to za mało, by ocalić jego głowę od stryczka.
Podczas gdy jego przyjaciele dyskutowali Henryk zachowywał milczenie i był pogrążony we własnych myślach. Nie mówił nic, ponieważ nie miał nic do powiedzenia. Wolał więc nie przerywać wymiany poglądów pomiędzy Jankiem a Kasią. Poza tym chciał sobie wszystko jeszcze raz dobrze rozważyć. Ciekawiło go, skąd tajemniczy zamachowiec wiedział, że Eleonora Abner będzie czekała w tym, a nie innym miejscu, by im coś ważnego przekazać. Mógł oczywiście przypadkiem spotkać ją w oberży „Pod Wesołym Diabłem”, ale tę możliwość Henryk natychmiast odrzucił. Wiedział bowiem, że gdyby tak się stało, zamachowiec nie musiałby używać jako narzędzia zbrodni samochodu, który okazał się tak nieskuteczny. Mógłby z łatwością wyjść za nią z oberży lub jeszcze w jej wnętrzu zaatakować ją i zabić w jakimś kącie nie zauważony przez nikogo. Nie.... to na pewno nie tak było.
Sprawa musiała wyglądać zupełnie inaczej. Tylko jak? Musiało to mieć coś wspólnego z tajemniczym włamaniem do domu von Trappów, po którym został ślad w postaci śrubokrętu. Po co włamywaczowi śrubokręt? Zwykle do wybebeszenia szuflad czy sejmu wystarczy wytrych, zaś do otwarcia okien łom. Więc skąd śrubokręt? Chyba, że.....
Henryk wstał i powiedział Kasi oraz Jankowi:
- Nic tu po nas. Wracajmy do von Trappów.
Chwilę później trzej przyjaciele powrócili do domu swych gospodarzy. Po powrocie powiedzieli baronowi i jego żonie, co się stało. Maria Augusta przerażona tą wiadomością zemdlała i Janek musiał ją cucić solami trzeźwiącymi. Baronowa von Trapp dzięki temu powoli się podniosła i popatrzyła na detektywów:
- Co z nią? Czy ona żyje?
- Żyje, Mario – odpowiedział Janek uspokajającym tonem – Niestety jest bardzo osłabiona. Obawiam się, że nie prędko wróci zdrowia.
- Boże.... biedna Wielebna Matka. Kto mógł uczynić jej taką podłość?
- Ten sam człowiek, który zabił Elsę Berkr oraz pana Grimera – powiedział Henryk tak mrocznym głosem, jakby był sędzią sądu ostatecznego – I to jest ten sam człowiek, który włamał się do pana domu, panie baronie. Człowiek, który wciąż jeszcze sobie z nas drwi, lecz na którego właśnie zastawiamy sieci.
Wszyscy popatrzyli na niego uważnie.
- O czym ty mówisz, Henryku? – zapytał Janek.
- Czyżbyś już znał nazwisko zabójcy? – dodała swoje pytanie Kasia.
- Jeszcze nie.... – odpowiedział Henryk – Muszę jutro odbyć kilka rozmów, które pomogą mi łatwiej wszystko zrozumieć. A kiedy to się stanie, wówczas dowiem się wszystkiego, co chcę wiedzieć i będę mógł wskazać prawdziwego zabójcę.
Baron von Trapp ścisnął lekko dłoń swojej żony, po czym podał Henrykowi kartkę papieru.
- Przyjacielu.... to depesza od grafologa.
- Analiza dwóch próbek pisma, które chciałeś sprawdzić – pospieszył z wyjaśnieniami Jerzy – Ale nie wiem, czy odpowiedź jest taka, jakiej oczekiwałeś.
Henryk wziął depeszę z ręki barona von Trappa, po czym zaczął powoli czytać jej treść. Gdy to się stało, uśmiechnął się lekko.
- Owszem. Jest taka, jaką oczekiwałem – powiedział.
- Czy wszystko jest w porządku, Henryku? – zapytał Jerzy – Depesza ta pomogła ci?
- Owszem. Pomogła – odpowiedział Henryk powoli rozpromieniając się – Muszę jednak odbyć jutro trzy rozmowy, dzięki którym wszystko stanie się dla mnie jasne.

***

Doktor Trainer pokazał Henrykowi miejsce naprzeciwko swojego biurka. Henryk uśmiechnął się do niego delikatnie, po czym zajął wskazane mu miejsce. Jego gospodarz również usiadł i zapytał:
- W czym mogę panu służyć, panie Henryku?
Henryk Spryciarski uśmiechnął się delikatnie, po czym zapytał:
- Wie pan, że już niedługo odbędzie się proces Wilhelma Zarenbauma?
- Tak, wiem o tym – odpowiedział doktor Trainer – Smutna sprawa. Biedny chłopak. Ale skoro zabił tę dziewczynę....
- No właśnie.... skoro o tej dziewczynie mowa – przerwał mu Henryk – Nazywała się ona Elsa Berker. Ale pan o tym na pewno doskonale wie, nieprawdaż?
Doktor Trainer popatrzył na swego rozmówcę uważnie.
- Niby skąd miałbym to wiedzieć?
- Bo pan doskonale wiedział, że ona była przy nadziei. A wiedział pan to dlatego, że był pan jej osobistym lekarzem. Nieprawdaż?
Lekarz z miasteczka popatrzył na detektywa z Polski jak na szaleńca.
- Co? Nie rozumiem, co pan mi tutaj imputuje.
- Nic panu nie imputuję, a jedynie zwracam panu uwagę na to, że pańskie zachowanie jest bezsensowne, zaś ukrywanie przede mną prawdy bezcelowe.
Trainer patrzył na Henryka coraz bardziej zdumiony.
- Pan mi zarzuca kłamstwo?
- Nie, nie zarzucam panu kłamstwa, a jedynie zatajanie przede mną prawdy. A to nie to samo.
Doktor Trainer płonął cały z gniewu, podczas gdy Henryk uśmiechał się do niego z kpiną, czym jeszcze bardziej rozdrażnił lekarza miasteczkowego.
- A więc niby co przed panem zataiłem?
- Wiedział pan, że panna Berker jest w ciąży, prawda? Wiedział pan o tym na pewno, proszę nie zaprzeczać. W końcu był pan jej osobistym lekarzem. Musiał więc pan to wiedzieć. Nie ma innej możliwości.
Lekarz pozwolił swojej głowie opaść na dłonie, którymi powoli orał skórę na swojej twarzy. Po minucie lub dwóch podniósł głowę i popatrzył na niego ze smutkiem w oczach.
- Cóż.... czy się mylę, panie doktorze? – zapytał z sarkazmem Henryk.
Trainer pokiwał przecząco głową.
- Nie, panie Spryciarski. Nie myli się pan. Byłem jej lekarzem, badałem ją i wiedziałem o ciąży.
Henryk usiadł wygodniej na krześle.
- Więc wie pan, kto jest ojcem dziecka?
- Niestety nie wiem. Nie powiedziała mi tego.
- Jak Elsa zareagowała na wieść o ciąży?
- Była szczęśliwa. Powiedziała, że dzięki temu zwiąże ze sobą już na stałe swego kochanka. Dotychczas bowiem nie chciał się on z nią ożenić, bo był już żonaty, ale Elsa uważała, że dziecko na zawsze uczyni ich parą.
- Biedna naiwna dziewczyna – powiedział Henryk smutnym tonem – I co dalej?
- Cóż.... niedługo potem przyszła do mnie załamana i zapytała, czy usunięcie dziecka jest legalne?
- Pytała pana o aborcję?
- Tak.
Henryk zastanowił się przez chwilę.
- Chciała ona ją przeprowadzić?
- Nie. Wręcz przeciwnie. To jej kochanek się tego domagał. Ona tego nie chciała.
- W takim razie dlaczego pytała o legalność aborcji?
- Nie wyjaśniła mi tego. Ale jeśli chce pan znać moje zdanie, chciała je urodzić i móc potem go szantażować.
- Szantażować? – zdziwił się Henryk.
- Tak – doktor Trainer pokiwał głową – Ale to tylko moje przypuszczenia. Ona nie wiele mi mówiła na swój temat. Właściwie prawie nic mi nie powiedziała.
- Czyli nie wie pan, kto jest ojcem dziecka panny Berker?
- Nie. Ale wiem, że nie był nim Wilhelm Zarenbaum i jeśli dojdzie do procesu, jestem gotów to powiedzieć przed sądem, choćby pod przysięgą.
Henryk popatrzył na niego z ponurą miną.
- Więc czemu pan dotychczas nie poszedł na policję i nie przekazał tam tych rewelacji?
- Wstyd się przyznać, proszę pana, ale bałem się.
- Bał się pan? Czego?
- Bałem się tego, że jeśli sąd się dowie, że mam z tym wszystkim coś wspólnego, to właśnie na mnie spadnie podejrzenie. Przecież ten Zeller to idiota! Wsadził do więzienia tego chłopaka, choć moim zdaniem on nie jest wcale winien. A jak zacznę go bronić, może i mnie jeszcze aresztuje. Nie chcę iść na szubienicę. Nie zrobiłem nic złego.
- Niedługo proces Zarenbauma. Musi pan na nim wystąpić jako świadek obrony. Zaświadczy pan, że ojcem dziecka Elsy Berker był człowiek żonaty, co wyklucza Wilhelma, jako iż jest on kawalerem.
- Ale Elsa powiedziała mi to w tajemnicy. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska.
- Obowiązuje pana uczciwość i obowiązek obrony niewinnego człowieka przed niezasłużonym losem.
Doktor Trainer zasłonił sobie twarz dłońmi, po czym rzekł:
- A jeśli mi nie uwierzą? Ostatecznie to tylko słowa. Elsa nie powstanie z martwych, żeby je potwierdzić.
- Może i nie uwierzą. Ale przynajmniej pan wykona swój obowiązek.
Lekarz miasteczkowy pokiwał głową ze smutkiem i powiedział:
- Dobrze..... ma pan rację.... ma pan rację.... Tak właśnie zrobię. Kiedy odbędzie się proces, stanę na nim jako świadek obrony. Zrobię co będę mógł, by wybronić niewinnego człowieka przed szubienicą.
Henryk Spryciarski uśmiechnął się zadowolony, wstał i podał mu dłoń.
- Cieszę się, panie doktorze. Miło mi słyszeć te słowa. To wszystko, co chciałem wiedzieć.
Henryk ruszył w kierunku wyjścia. Nagle jednak zatrzymał się, gdyż przypomniał sobie pewien szczegół, który również go intrygował.
- Jeszcze tylko jedno pytanie.
- Niech pan pyta, panie Spryciarski.
- Jak długo jest pan lekarzem w tym miasteczku?
Doktora Trainera mocno zdziwiło to pytanie.
- Od dwóch lat i trzech miesięcy. A czemu pan pyta? Po co panu to wiedzieć?
- Po nic – odpowiedział Henryk uśmiechając się tajemniczo – Po prostu z ciekawości. Jednak pana odpowiedź wiele mi wyjaśnia. Bardzo wiele. Dziękuję panu bardzo, panie doktorze. Do widzenia.
To mówiąc wyszedł pozostawiając doktora Trainera nie rozumiejącego nic z tego, co właśnie usłyszał.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:21, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 6:23, 10 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Czy Heneryk już wie ,kto dokonał tej zbrodni ?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 20:24, 12 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XXI

Henryk przesłuchuje sędziego Schpeina

Po rozmowie z doktorem Trainerem Henryk udał się do gabinetu sędziego Schpeina. Miał zamiar odbyć z nim drugą z trzech planowanych przez siebie rozmów. Wiedział, że tylko dzięki nim jest w stanie połączyć ze sobą wszystkie, na pozór nic nie znaczące fakty i zrozumieć istotę prowadzonej przez siebie sprawy. Czuł, że doskonale wie, kto jest sprawcą, ale musiał być tego pewien. Rozmowy, które planował, miały mu w tym pomóc. Jedną z nich miał za sobą. Jeszcze dwie i wszystko stanie się jasne.
Sędzia Schpein siedział w swoim gabinecie z nosem zanurzonym w papierach dotyczących sprawy młodego Wilhelma Zarenbauma. Bardzo go dręczyła ta sprawa. Nie wierzył w winę chłopaka, jednak wszystkie dowody wskazywały na niego. Już niedługo proces. Chyba będzie musiał skazać go na karę śmierci. Biedny młodzieniec. Ale skoro jest winny....
Nagle do gabinetu weszła sekretarka i zapowiedziała przybycie Henryka Spryciarskiego, który czeka na to, aż wielmożny pan sędzia łaskawie zechce go przyjąć.
- Niech wejdzie – powiedział sędzia podnosząc powoli głowę znad papierów.
Odłożył je na miejsce i kiedy Henryk wszedł do środka, wstał z uśmiechem i podał mu dłoń.
- Miło mi pana ponownie widzieć, panie Henryku – powiedział i pokazał mu miejsce na krześle naprzeciwko swego biurka – Wciąż bada pan sprawę Wilhelma Zarenbauma?
- Owszem, drogi panie – odpowiedział Henryk rozsiadając się wygodnie na krześle – I w związku z tym mam do pana kilka pytań.
- Proszę, niech pan pyta – uśmiechnął się do niego sędzia Schpein – Chętnie pomogę przyjacielowi Jana Dobrowolskiego. O ile oczywiście tylko zdołam.
Henryk uśmiechnął się swoim tajemniczym uśmiechem, po czym przeszedł do rzeczy:
- Otóż, panie sędzio.... w sumie mam jedynie jedno, ale za to niezwykle ważne pytanie.
- Niech pan pyta.....
- Widzi pan.... Elsa Berker ponoć niedługo przed swoją śmiercią odwiedziła pana.
- To prawda. Nie jest to żadną tajemnicą. Zresztą przyznałem to panu już podczas pańskiej pierwszej wizyty.
- Wiem już o tym – rzekł Henryk – Ale jednak ciekawi mnie.... o czym dokładnie państwo rozmawiali?
- Już to panu mówiłem. Elsa chciała znać prawa do otrzymania alimentów od ojca swego nienarodzonego jeszcze dziecka.
- I o niczym innym państwo nie mówiliście?
- Nie. O niczym innym.
Henryk westchnął głęboko.
- Bez urazy, panie sędzio, ale skoro pan tak podchodzi do tej sprawy, to ja już lepiej sobie pójdę.
To mówiąc podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku wyjścia.
Sędzia nie mógł wyjść ze zdumienia.
- Co pan wyprawia, panie Spryciarski? O co panu chodzi, u licha?
Henryk odwrócił się do sędziego.
- To, że nie lubię, kiedy mnie ktoś okłamuje, drogi panie sędzio.
Sędzia oburzył się.
- Ja niby pana okłamuje? Co pan opowiada?
- To, że nie mówi mi pan prawdy. Przyznaję, że może Elsa mówiła z panem o alimentach dla swego dziecka. Ale oprócz tego rozmawialiście państwo o innych sprawach.
Sędzia Schpein patrzył na niego jak na wariata.
- O czym pan mówi?
Henryk podszedł do niego i zmierzył go wzrokiem pełnym politowania.
- Niech pan wreszcie powie prawdę, panie sędzio. Nikt nie musi się o tym dowiedzieć.
- Nie rozumiem, co niby pan chce ode mnie usłyszeć? – zapytał sędzia Schpein z trudem panując nad gniewem.
Henryk usiadł ze spokojem na swoim miejscu i powiedział wciąż spokojnym głosem:
- Proszę mi powiedzieć, czemu rozmowa z panną Elsą Berker była burzliwa?
- Burzliwa?
Sędzia Schpein powoli zaciskał pięści ze złości.
- Owszem. Była burzliwa.
- Nieprawda. Rozmawialiśmy ze sobą spokojnie, jak cywilizowani ludzie.
Henryk zaśmiał się w sposób złośliwy.
- Doprawdy? Mam zupełnie inne wiadomości na ten temat. Według nich miał pan ponoć krzyknąć....
To mówiąc detektyw wyjął z kieszonki notatnik, zaczął go powoli kartkować, aż dotarł do jednej ze stron i powiedział:
- O mam! Miał pan powiedzieć „Nie pozwolę ci na wywołanie skandalu!”.
Zamknął notatnik i zapytał:
- Czy to prawda?
Sędzia Schpein widząc, że nie ma sensu dalej kłamać, opadł załamany na swoje krzesło, zasłonił sobie twarz dłońmi i spytał:
- Skąd pan to wie?
- To nie ma znaczenia. Czy użył pan w rozmowie z Elsą Berker takich właśnie słów czy też nie?
Sędzia lekko podrapał się po głowie i powiedział smutnym głosem:
- Cóż.... przyznaję, takie zdanie padło z moich ust i skierowane było właśnie do Elsy Berker.
Henryk Spryciarski uśmiechnął się do niego delikatnie.
- Więc powie mi pan wreszcie prawdę?
- Dobrze.... Elsa Berker.... znałem kiedyś jej matkę.
- Wiem. Rozmawiałem z nią. Ponoć kiedyś miała za pana wyjść, ale wybrała ojca Elsy.
Sędzia Schpein pokiwał smutno głową.
- To prawda. Kiedy mi dała kosza załamałem się. Chciałem znaleźć sobie pociechę w ramionach innych kobiet. Nic jednak to nie dawało. Wciąż o niej myślałem. A do tego jeszcze jej córka.... jej córka, która powinna być moją córką....
- Elsa....
Sędzia pokiwał głową na znak zgody.
- Właśnie. Elsa Berker. Córka jej i tego.... tego..... no nieważne. Przyszła do mnie mówiąc, że jest w ciąży i chce wyciągnąć alimenty od ojca swego dziecka.
- To już wiemy. I co dalej?
- Powiedziałem jej, że nie ma specjalnie na co liczyć, bo wyegzekwowanie alimentów nie jest takie proste. Wtedy Elsa zapytała, co by było, gdyby spróbowała szantażu?
Henryk spojrzał na swego rozmówcę uważnym, lustrującym spojrzeniem.
- Szantażu?
- Tak. Chciała użyć dziecka jako sposobu wymuszenia na kochanku rozwodu z żoną i poślubienie jej. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, że to dla niego był tylko niezobowiązujący romans. Nie chciała tego słuchać. Postanowiła szantażować go i ja miałem jej to umożliwić. Wiedziałem jednak, że jeśli ona wciągnie mnie swoje ciemne sprawki, mogę mieć z tego powodu problemy. Powiedziałem jej, że nie wezmę w tym udziału, więc niech sobie lepiej odpuści. Ona była jednak uparta i chciała postawić na swoim. Odpowiedziała mi, że jestem taki sam jak wszyscy inni mężczyźni i ona jeszcze nam wszystkim pokaże. Wtedy ja jej krzyknąłem, że nie pozwolę jej na wywołanie skandalu. Zwłaszcza z moim nazwiskiem w tle. Wówczas ona odpowiedziała, że poradzi sobie sama i poszła precz.
Henryk uśmiechnął się delikatnie. Chciał jeszcze czegoś się dowiedzieć.
- Pani Berker powiedziała, że w chwili tragedii swej córki państwo się do siebie zbliżyliście. Czy to prawda?
- Tak, to prawda. Odnowiliśmy znajomość, ale nic poza tym.
- Czyżby? I dlatego trzyma ona na wierzchu pana zdjęcie?
Sędzia Schpein spojrzał na Henryka uważnie.
- Co mi pan tutaj sugeruje?
- Niczego panu nie sugeruje. Ale doświadczenie podpowiada mi, że zdjęć dawnych narzeczonych nie trzyma się ot tak sobie na widoku, by sobie na nie popatrzeć. Chyba, że...... między tym dawnym narzeczonym, a właścicielką zdjęcia doszło do bliższych stosunków. Mam rację?
Sędzia Schpein lekko zacisnął dłonie w pięści, uderzył nimi o biurko, po czym dysząc ze złości powiedział:
- Widzę, że okłamywanie pana jest bezcelowe.
- Słusznie. Dopiero teraz się pan zorientował? – kpił sobie Henryk – Odnowiliście państwo romans?
- Tak. Odnowiliśmy. Ale co to niby ma do rzeczy?
- Mianowicie to, że kocha pan wciąż matkę Elsy Berker i nie mógł jej pan darować tego, że wybrała ona swego męża, a nie pana. Mógł się pan chcieć zemścić. Uwiódł więc pan jej córkę, po czym postanowił pan ją porzucić.
- Jak pan śmie! – ryknął sędzia Schpein uderzając pięściami w biurko – No to już jest po prostu bezczelność!
Henryk jednak nie dał się zbić z pantałyku.
- Ale sprawa przybrała niefortunny obrót, kiedy Elsa zaszła w ciążę. Wściekły więc kazał jej pan usunąć dziecko, a gdy się nie zgodziła, próbował ją pan zabić spychając na jej głowę głaz podczas wycieczki w góry. Gdy się nie udało, zabił ją pan nożem, który potem podłożył pan Wilhelmowi Zarenbaumowi, wcześniej podstępem doprowadzając do tego, że zostawił on na nim po pijanemu swoje odciski palców.
- Jak pan śmie mi zarzucać.....! – zaczął sędzia Schepein, ale jednak Henryk wstał i popatrzył na niego groźnym wzrokiem i kontynuował swoją przemowę.
- I teraz udaje pan przede mną dobrego i uczciwego człowieka, a tak naprawdę kłamie pan jak z nut.
- Pan chyba oszalał! Nigdy nie tknąłem nawet palcem córkę mej ukochanej.
- Kłamał pan względem pańskiej rozmowy z Elsą. Mógł pan więc równie dobrze kłamać w innych sprawach. Pańskie łgarstwa mogły zatoczyć szerszy krąg niż mi pan to ujawnił.
- Pan chyba zwariował! Nie skrzywdziłbym córkę kobiety, którą kocham!
- Córkę kobiety, która pana odrzuciła! Mógłby pan chcieć się zemścić!
- Nigdy nie chciałem się zemścić! – ryknął sędzia uderzając mocno pięścią w biurko.
Następnie dysząc z trudem odzyskując spokój i powiedział:
- Przyznaję. Okłamałem pana względem moich stosunków z matką Elsy oraz rozmowy z samą Elsą. Ale nie ja byłem jej kochankiem. Nie ja spłodziłem z nią dziecko. I to nie ja ją zabiłem. Przysięgam.
- I nie pan zepchnął na nią ten głaz w górach?
- Przysięgam, że nie ja!
Henryk spojrzał mu w oczy uważnie, po czym pokiwał głową i uśmiechnął się wesoło.
- Oczywiście, że to nie pan. Wiedziałem o tym.
- Co pan mówi?
- Wiedziałem, że nie pan jest mordercą Elsy Berker.
Sędzia Schpein nie mógł wyjść z podziwu.
- Wiedział pan, że jestem niewinny. A mimo to....
- A mimo to musiałem wycisnąć z pana prawdę – dokończył Henryk – Którą normalnie by mi pan nie powiedział. Ale to już nieważne. Nie pan ją zabił, ale dzięki panu rozumiem już więcej i pewne elementy układanki ułożyły się same.
- I stworzyły pełen obraz?
- O nie! Jeszcze nie! – Henryk uśmiechnął się – Jeszcze muszę pomówić z Wilhelmem Zarenbaumem. Może mi pan to ułatwić?
- Oczywiście – odpowiedział sędzia – Choćby zaraz.
- Dziękuję panu. I jeszcze jedno pytanie.
- Niech pan pyta.
- Ale proszę o szczerą odpowiedź.
- Najszczerszą.
Henryk popatrzył na sędziego i zapytał:
- Pan jest żonaty, tak?
Sędzia ze smutnym spojrzeniem popatrzył na polskiego detektywa, po czym pokiwał głową.
- Tak. Mam żonę.
- I co się z nią teraz dzieje?
- Ona...... jest trwale niedysponowana, że tak powiem.
- Co pan ma na myśli?
- Jest zamknięta od kilka lat w szpitalu dla wariatów. Lekarze nie widzą dla niej wielkich nadziei, jeśli w ogóle.
Henryk pokiwał głową na znak zrozumienia.
Tymczasem sędzia złapał za telefon, by zadzwonić do Zellera i przekonać go, by dał on pozwolenie Henrykowi Spryciarskiemu na jeszcze jedną rozmowę z oskarżonym Wilhelmem Zarenbaumem.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:22, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 13:01, 16 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Ciekawa jestem Hubert co dalej wymyślisz.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kronikarz56
Szeryf z Wirginia City



Dołączył: 28 Lut 2013
Posty: 703
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 18:35, 16 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział XXII

Na tropie zabójcy

Wilhelm Zarenbaum załamany siedział w swojej celi myśląc o tym, co się ma niedługo wydarzyć. Już wkrótce odbędzie się proces, na którym postawią mu zarzut brutalnego zabójstwa z premedytacją. Nie odbył się on jak dotąd tylko i wyłącznie ze względu na procedury prawne. Gdyby nie one, Zarenbaum już dawno zostałby powieszony. Zeller miał na niego tak mocne dowody, że zadyndałby zanim by zdążył zaprotestować. Życie zapewniały mu na razie wszystkie procedury, z którymi musiano się uporać, zanim posadzą go na ławie oskarżonych. Procedury te jednak nie będą chronić go wiecznie. Miał więc nadzieję, że ten detektyw z Polski zdoła go ocalić. Jeśli jednak i on zawiedzie, czeka go nie tylko haniebna śmierć, ale i również powszechne potępienie.
Nagle drzwi jego celi otworzyły się i strażnik wpuścił do środka Henryka Spryciarskiego, po czym zamknął za nim drzwi na klucz. Henryk popatrzył na Wilhelma i zapytał:
- Jak się pan czuje, panie Zarenbaum?
Wilhelm uśmiechnął się ironicznie, po czym powiedział:
- A jak mam się czuć? Już wkrótce mój proces, a po nim egzekucja i pójdę wisieć. Jakby pan się czuł na moim miejscu, co?
Henryk usiadł naprzeciwko niego.
- Cóż.... na pewno nie czułbym się zbyt ciekawie, proszę pana – odpowiedział - Mimo wszystko jeszcze pan nie wisi, a to plus całej sytuacji. Jak to mówią, zawsze może być gorzej.
- Tak. Ale mówią również, że co ma wisieć, nie utonie. Inaczej mówiąc, już po mnie.
Henryk uśmiechnął się do niego delikatnie.
- Jeszcze nie, proszę pana. Póki Henryk Spryciarski nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, póty wciąż jest dla pana jakaś nadzieja. Niech pan o tym zawsze pamięta.
Wilhelm Zarenbaum westchnął głęboko.
- Cieszę się, że pan tak mówi – powiedział młody skazaniec – Jednakże czy odkrył pan coś, co pomoże mi ocalić głowę?
- Owszem, panie Zarenbaum.
W oczach skazańca pojawiła się iskierka nadziei.
- I cóż pan odkrył?
Henrykowi widocznie jednak nie spieszyło się do odpowiedzi, co młodego Wilhelma zaczęło już mocno irytować. Zachował on spokój jedynie dlatego, że od tego człowieka, który teraz świadomie go drażnił, zależało całe jego życie.
- Zanim panu powiem, co odkryłem, musi pan mi coś obiecać, panie Zarenbaum.
- Co mam panu obiecać?
- Że przestanie pan kłamać i zacznie być ze mną wreszcie szczery.
Wilhelm Zarenbaum popatrzył na niego mocno zdumiony jego słowami.
- Nie rozumiem. O czym pan mówi? W jakiej sprawie ja niby jestem z panem nieszczery?
- Ostatnio opowiadał mi pan o tym, że widział w górach Elsę z jej kochankiem.
Zarenbaum skinął głową na znak, że tak było.
- Ale nie wspomniał pan, że tego samego dnia doszło również do zamachu na jej życie.
Wilhelma zmroziło, kiedy usłyszał te słowa.
- Jak... jak to? Jaki zamach? O czym mi pan mówi?
- Doskonale pan wie, o czym ja mówię, panie Zarenbaum – rzekł Henryk groźnym tonem – Niech pan wreszcie przestanie udawać głupszego, niż pan jest. Powiedział mi pan ostatnio bardzo wiele, jednak nie na tyle, by można było pana nazwać osobą szczerą.
Młody więzień spojrzał zdumiony na Henryka Spryciarskiego i powiedział drżącym głosem:
- Przysięgam panu. Ja nic nie wiem o tym zamachu na Elsę. Przysięgam na Boga, że nie wiem.
- Niech pan nie bluźni i przestanie kłamać, bo to się zaczyna robić nudne. Nie może pan ze mną rozmawiać uczciwie?
- Przykro mi, ale ja naprawdę nie wiem, o czym pan mówi.
Henryk uderzył dłońmi w kolano.
- Posłuchaj, szczeniaku! Grozi ci powieszenie i tylko ja dysponuję dowodami, które mogą cię od tego uchronić. Ale nie zaoferuję ci ich, jeśli ciągle będziesz mnie okłamywał.
- Kiedy ja naprawdę....
- Milcz! Przestań udawać! Doskonale wiem, że widząc Elsę w górach z kochankiem wściekły zepchnąłeś na nią głaz. Elsa opowiedziała o tym swojej matce. Na twoje szczęście nie widziała albo nie chciała widzieć twarzy tego, kto zepchnął na nią ten kamień. Ale obaj doskonale wiemy, że to byłeś ty.
Wilhelm Zarenbaum zaczął zrozpaczony płakać w dłonie. Henryk jednak nie miał zamiaru mu odpuścić i dręczył go dalej swoimi zarzutami.
- Zapewniam cię, chłopcze, że jeśli powiem Zellerowi o tym wszystkim, będzie on miał przeciwko tobie jeszcze większe dowody i nic już nie zdoła cię ocalić od stryczka. Przyznaj się. Jeśli nie przede sędziami, to przede mną. Chcę znać prawdę. Powiedz mi ją wreszcie, bo inaczej zaprzestanę poszukiwań i nie będę więcej się martwił o twój tyłek. Weź pod uwagę to, co sędzia Schpein i prokurator sobie pomyślą, kiedy przekażę im moje rewelacje. Od razu już ustalą dokładny przebieg wydarzeń. Kochałeś Elsę i nie mogłeś się pogodzić z tym, że jest ona z innym. Tak się tym zdenerwowałeś, że śledziłeś ją, nękałaś, nie dawałeś jej spokoju, aż w końcu w górach zepchnąłeś na nią wielki głaz z zamiarem posłania jej na tamten świat. Ale nie udało ci się to, więc podstępem wywabiłeś ją z klasztoru (w którym się schroniła) i zadźgałeś nożem jak zwierzę, po czym nieudolnie próbowałeś ukryć nóż we własnej szafie, wciskając przy tym policji bzdurną historyjkę o pobycie w oberży i piciu aż do późnej nocy w towarzystwie jakiegoś osobnika, którego twarzy nawet nie widziałaś.
Wilhelm Zarenbaum płakał. Henryk nie zwracając na to najmniejszej uwagi pastwił się nad nim dalej.
- Zapewniam cię, że tak właśnie pomyślą policja i sąd. Nie bój się. Zeller ma dość dowodów, żeby taką wersję wydarzeń udowodnić. A ty jeszcze śmiesz mnie okłamywać?! Mnie?! Człowieka, który chce cię uchronić od....
- DOBRA! ZGODA! – ryknął nagle Wilhelm poprzez łzy.
Henryk popatrzył na chłopaka nieco zdumiony jego zachowaniem. Po takim pokazie łez nie i popisie mazgajstwa nie spodziewałem się tak męskiej reakcji ze strony oskarżonego. A jednak.... To był tylko dowód na to, że nie należy oceniać ludzi po pozorach.
Wilhelm wstał i dysząc z wściekłości wysapał:
- Miałem.... kryzys.... emocjonalny. Nie wiedziałem, co robię ani po co to robię. Zachowywałem się jak idiota. I jeszcze do tego ten alkohol. Miałem nadzieję, że może w końcu.... uda mi się.... zacząć normalnie żyć.
- Ale na widok Elsy z kochankiem skusił cię ten głaz, nieprawdaż?
- To był wypadek! Potknąłem się o butelkę! Przewróciłem się, upadłem na ten wielki kamień i on się jakoś.... sam stoczył.... nie zrobiłem tego specjalnie! Ani też jej nie zabiłem. Rozumie pan? Jestem niewinny!
Henryk uśmiechnął się do Zarenbauma, po czym poklepał go wesoło po ramieniu.
- Cieszę się, że nareszcie powiedziałeś mi całą prawdę. Teraz wszystko stało się dla mnie jasne.
Po tych słowach Henryk wstał, skierował się ku drzwiom i zastukał w nie na znak, że chce wyjść.
- Ale przecież... oni mnie powieszą! – zawołał młody więzień.
Henryk uśmiechnął się do niego.
- Nie.... nie powieszą cię. Bo ja na to nie pozwolę. Jesteś niewinny i ja to udowodnię. Niczego się nie obawiaj. Już jutro odzyskasz wolność.
Następnie wyszedł, a strażnik zamknął za nim drzwi celi.

***

Henryk po rozmowie z oskarżonym udał się do oberży „Pod Wesołym Diabłem”, gdzie udało mu się odnaleźć Helgę Muller siedzącą w jednym z pokoi i spędzającą czas w samotności.
- Dzień dobry, pani Muller – powiedział Henryk.
- Dzień dobry, panie detektywie – odpowiedziała starucha śmiejąc się wesoło, acz zdaniem Henryka również fałszywie – Co pana do mnie sprowadza?
- Chodzi mi o pewną przysługę – powiedział słynny detektyw tonem uroczystym i uprzejmym, choć osoba jego rozmówczyni budziła w nim mieszane uczucia – Jak pani zapewne już wie, tropimy mordercę Elsy Berker, który pani zdaniem jest tym samym człowiekiem, który swego czasu tak bardzo panią poniżył.
Helga Muller spojrzała na niego wyraźnie zainteresowana.
- Macie już tego drania?
- Jeszcze nie, ale pani może nam pomóc go zdemaskować.
Kobieta wstała i uśmiechnęła się w sposób co najmniej mściwy.
- Panie..... panie.... jak pańska godność?
- Spryciarski, proszę pani.
- Panie Spryciarski... jestem do pańskiej dyspozycji.
Henryk uśmiechnął się.
- Doskonale. I miałbym do pani małe pytanko. Czy rozpoznaje pani kogoś na tych zdjęciach?
To mówiąc wyjął z kieszeni najnowszy numer gazety, który kupił rano w Salzburgu, gdy jechał na rozmowę z doktorem Trainerem. Rozwinął ją i pokazał pani Muller artykuł, w którym Zeller, sędzia Schpein oraz inspektor Gruber wypowiadają się na temat śledztwa prowadzonego w sprawie zabójstwa Elsy Berker. Obok wypowiedzi umieszczone były ich małe, ale jednak treściwe zdjęcia. Znajdowało się tam również zdjęcie Wilhelma Zarenbauma.
Helga Muller przyjrzała się uważnie zdjęciom zamieszczonym w artykule, po czym bez najmniejszego wahania wskazała na jedno z nich.
- To ten.
- Jest pani tego pewna?
- Oczywiście, że tak. I w piekle bym go poznała, drania jednego. Do dziś czuję na zadku podeszwę jego buta, jak mnie kopnął, bydlak jeden. To z całą pewnością ten człowiek.
Henryk wziął od niej gazetę i zwijając ją uśmiechnął się w szatański sposób.
- A zatem… mamy go!


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez kronikarz56 dnia Czw 23:23, 11 Wrz 2014, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zorina13
Administrator



Dołączył: 18 Sty 2012
Posty: 13867
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Ponderosy
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 18:43, 16 Sie 2013    Temat postu: Morderstwo w austriackim zaciszu

Kto jest mordercą ?

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez zorina13 dnia Pią 18:47, 16 Sie 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.bonanza.pl Strona Główna -> Bonanza forum / Fanfiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
Strona 4 z 6

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin